Z Sykut Rozmowa Drukuj Email

Po co nam magistrzy?                        

Łukasz Marcińczak: Rozmawiamy w pana rodzinnej wsi Pożóg, niedaleko Puław – wyobrażam sobie, że pański dyplom z roku 1958 (w niestosowanym już od dawna formacie) ukończenia studiów historycznych na Wydziale Humanistycznym, musiał na ówczesnej polskiej wsi robić duże wrażenie – jest pan pierwszym magistrem w Pożogu?

Zbigniew Sykut: Kilku kolegów, mniej więcej w tym samym czasie poszło na inżynierów, tak więc na pewno nie byłem jedynym człowiekiem po studiach we wsi – ale rzeczywiście zdaje mi się, że magistrem byłem pierwszym. Pokażę panu dokument, jaki mój dziadek, Józef Sykut, otrzymał z gminy Puławy – to jest zaświadczenie, iż dziadek godzien jest uznania, ponieważ jego najstarszy syn, urodzony w r. 1897 jest na wojnie, drugi, z 1899 jest na wojnie, trzeci, czyli mój ojciec Tomasz, urodzony w roku 1902, też jest na wojnie... To była wojna roku 1920.

Studiował pan historię, bo historia głęboko weszła w pana rodzinę...

21 listopada 1942 roku, kiedy skończyłem pięć lat, w odwecie za wyrok na konfidenta, aresztowano w Pożogu 23 zakładników, między innymi mojego ojca, który w połowie stycznia 1943 roku zmarł w Oświęcimiu. Później aresztowano także jego brata, łącznika AK na terenie naszej gminy – wujek zginął na Majdanku. Po wojnie zostałem jedynie z matką, która całą nadzieję pokładała we mnie – chciała, żebym się kształcił. Za Niemców działała w Pożogu szkoła, ale ograniczona do czterech klas, tyle, żeby się nauczyć liczyć, czytać i wiedzieć, gdzie leży Berlin. Mnie od dziecka ciągnęło do historii. Po skończeniu szkoły podstawowej w Pożogu w 1950 roku, przyjęto mnie do puławskiego gimnazjum im. Księcia Adama Czartoryskiego, na owe czasy stojącego na wysokim poziomie, już w 9 klasie zacząłem w historii dominować, byłem najlepszym uczniem w klasie.

Na maturze wybrał pan oczywiście historię?

Tak, i dostałem jedno z najtrudniejszych pytań – „Konflikty bałkańskie pod koniec XIX i na początku XX wieku”. I i II wojna bałkańska, to był temat zabójczy, bo przecież nie było opracowań, mieliśmy książki do historii redagowane przez pisarzy radzieckich, a najnowszej historia tylko tyle, ile wykładał nauczyciel. Mnie się udało skorzystać ze szkolnej biblioteki – w tajemnicy. Bardzo chciałem wypożyczyć „Historię końca XIX i początku XX wieku”, autorstwa Mościckiego i Cynarskiego, wydawnictwo z roku 1934, wtedy zabronione do wypożyczania młodzieży. Bibliotekę prowadziła żona dyrektora, pani Szubartowska, której chętnie pomagałem, bo szybko się zorientowałem, co gdzie leży na półkach. Ponieważ była z mojej pomocy zadowolona, któregoś razu zdobyłem się na odwagę i poprosiłem o wypożyczenie tego grubego tomu. Zgodziła się, o ile nikomu tej książki nie pokażę. Przyniosłem ja do internatu w tajemnicy, chowałem pod poduszkę i czytałem dopiero po 11 w nocy, kiedy już wszyscy spali. Ale konflikty bałkańskie poznałem. Jeszcze kiedy byłem w 10 klasie, maturzyści przychodzili do mnie, żebym powiedział, jak to było z tymi wojnami bałkańskimi.

To te wojny, na których zrobił pieniądze Wokulski...

On się wzbogacił na tej wojnie 1878 roku – zaczęło się w Bułgarii, gdzie weszły wojska rosyjskie, a zakończyło pokojem w San Stefano, tyle, że później odbył się Kongres Berliński, na którym ustalono nowe granice państw bałkańskich: Serbii, Grecji, Bułgarii... No i potem z tego tytułu wybuchły kolejne konflikty – w tzw. wojnie bałkańskiej przeciwko Turcji wystąpiła Serbia, Bułgaria i Grecja, które to państwa podzieliły zdobyte tereny. Jednak ponieważ Bułgaria zagarnęła bardzo szeroki pas dostępu do Morza Egejskiego, a to były tereny historyczne Grecji, więc wybuchła II wojna bałkańska, gdzie przeciwko Bułgarii wystąpiła Rumunia, Turcja, Grecja i Serbia. To było pogmatwane, bo tam jeszcze Włosi się włączyli... Mnie to interesowało i później na tym robiłem furorę, bo nikt nie wiedział z tymi wojnami, co i jak. Pani profesorka Keller też niewiele na ten temat mówiła, ale to pytanie wsadziła i mnie na maturze ten zestaw podsunęła. I kiedy zacząłem mówić na ten temat, to mi postawili piątkę i pozostałe trzy pytania darowali. Tak się złożyło, że w komisji siedział pewien magister z uniwersytetu, Ryszard Orłowski, który po egzaminie podążył za mną i zapytał, co mam zamiar studiować. Odpowiedziałem, że zdecydowałem się na studia prawnicze. Wówczas zaczął mnie namawiać, żebym poszedł na historię, bo na pewno nie będę miał kłopotów z dostaniem się. Zgodziłem się i przyjechałem na egzamin.

To był rok 1954, początki humanistyki na UMCS...

Do tej pory w Lublinie kierunek historyczny działał tylko na KULu, ciekawe, że kiedy zaczęto go tworzyć na UMCS, część słuchaczy scedowano do nas z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zapewne chciano wzmocnić w ten sposób nowy kierunek u nas, tyle, że po drugim roku oni wrócili z powrotem do Krakowa. Profesorowie również przyszli przeważnie albo z Krakowa, albo z Poznania.

Egzamin wstępny rzeczywiście nie był trudny?

Mieliśmy napisać życiorys prezydenta Bolesława Bieruta. Pamiętam, że siedzący obok mnie Erwin Stanek, szeptem mnie pytał – Kolego, gdzie się urodził Bolesław Bierut? Mówię – w Rurach. Widzę na jego twarzy niedowierzanie. – Gdzie?! Chodziło o tak zwane Rury jezuickie, wtedy wioskę pod Lublinem. Kiedy już dostałem się na studia, nie miałem ani za co żyć, ani gdzie mieszkać – ale wszystkie egzaminy zaliczałem na cztery i pięć i natychmiast dostałem i stypendium, i akademik, i stołówkę.

W pana indeksie pojawia się co rusz termin „zastępca profesora”, natomiast samych profesorów nie widzę...

Nasi jeszcze się nie dosłużyli, przecież to była młoda kadra, natomiast ci z zewnątrz przyszli z doktoratami, jako kandydaci nauk, albo docenci. Dlatego pisało się – „zastępca profesora”, chociaż oczywiście profesorów jeszcze nie było. Nie – jest jeden! – prof. Juliusz Willamue, choć on już był w podeszłym wieku wtedy...

Rozpoczyna pan studia zaledwie rok po śmierci Stalina...

Na drugim roku studiów, we wrześniu 1955 roku, przyjeżdżam do akademika i dowiaduję się, że jedziemy na wykopki na Mazurach. Porozwozili nas samochodem po PGRach, każdemu przydzielono stumetrową działkę, z której zbierało się dwa koszyczki kartofli wielkości orzeszków. Dostawaliśmy chleb z dziurami wyjedzonymi przez szczury. Kierownicy to bagatelizowali – zje się. Było biednie.

Skoro tak było w 1955, to łatwiej zrozumieć wybuch w roku 1956...

Zanim zaczął się Październik, na mój wydział przeniósł się w 1954 roku chłopak z Akademii Rolniczej, który się włączył w tę odnowę i który potem w Lublinie był jedną z najważniejszych postaci w „Solidarności” – Zygmunt Łupina. Co ciekawe, jak on sam o tym opowiadał, jeszcze na Akademii Rolniczej dostali polecenie z Komitetu Wojewódzkiego, żeby w Lublinie uczcić śmierć Stalina uderzeniem w dzwony katedralne. Chociaż księża protestowali, dzwony katedralne po śmierci Stalina zadzwoniły. On organizacyjnie prowadził ten wiec w roku 1956. To się zaczęło u nas kilka dni po politechnice warszawskiej, masa studentów zebrała się przed naszym blokiem A, zaczynając od KULu aż do gmachu fizyki i jeszcze dalej. Próbował przemawiać ktoś z Komitetu Wojewódzkiego, ale zakrzyczano go – precz, precz! Do głosu doszli studenci z KULu – „Żądamy uwolnienia Kardynała Wyszyńskiego”, „Rokossowski do Rosji”!

Skąd wynikały te buntownicze nastroje, studenci pochodzili w większości z chłopskich rodzin, które korzystały ze zmian - studia za darmo, akademiki, po co?

Studenci zawsze są podatni na zmiany, w każdym kraju, dlaczego w Polsce miałoby być inaczej? To jest grupa ludzi niezwykle zapalna, łatwo poddająca się emocjom, chcąca coś zmienić, poprawić...

Jak dziś tzw. „oburzeni”...

Jako studenci czuliśmy oburzenie, że nas wszystkich dotąd kiwano, nie mówiono prawdy. Byliśmy indoktrynowani wykładami, opowiadano nam, jakie to zasługi miał Stalin, a przecież nie mieliśmy pojęcia o wielu rzeczach, prasa była pod całkowitą kontrolą partii, słyszało się tylko bardzo ogólnikowo o „błędach” i „wypaczeniach”, ale o zbrodniach stalinowskich dowiadywaliśmy się z opóźnieniem.

A trafiały się wśród wykładowców osoby, które przemycały pewne treści?

Nie, ludzie byli ostrożni, nie wychylali się do studentów. Ta odnowa tworzyła się przez szereg lat.

Ale Gomułka szybko ten ruch wyhamował...

Ale zrobił sporo, nie doszło do tego, co stało się na Węgrzech; szanowano go za to, że zmienił stosunek do Związku Radzieckiego – wielu radzieckich polityków i wojskowych wróciło wtedy do Rosji, to uzależnienie wojskowe i polityczne w rządzie narzucone jeszcze za czasów Stalina zostało osłabione. Poza tym zaczęła się zmieniać tak zwana demokracja socjalistyczna – nastąpiły ułatwienia w dostępie na studia, zmniejszenie obowiązkowych dostaw dla rolników, zarzucono kolektywizację rolnictwa, stworzono możliwość zakładania spółdzielni mieszkaniowych, zaczęto rozbudowywać przemysł... Ale więcej nakładów też poszło na propagandę... To były takie czasy, że na lektoracie z języka niemieckiego prof. Mieczysław Ziemnowicz, czytał nam w oryginale, wie pan co? – „Kapitał” Marksa!

Na jaki temat zdecydował się pan bronić pracy magisterskiej?

Pisałem u prof. Henryka Zinsa, na temat „Genezy instytucji interrexa w Polsce”...

Inrerrex, czyli dosłownie – bez króla...

To jest określenie stanowiska, które zajmował najwyższy dostojnik w Polsce w okresie między jednym a drugim królem, w okresie elekcyjnym, począwszy od Henryka Walezego. Przekonywałem, dlaczego tym najwyższym zwierzchnikiem w państwie w okresie bezkrólewia był prymas, a nie marszałek wielki koronny, który z urzędu zajmował pierwsze miejsce przy królu. Tak było tylko u nas i na Węgrzech.

To znaczy, że kardynał Wyszyński nawiązywał do dobrych tradycji...

Tu znowu mieliśmy z Węgrami dużo wspólnego – bo w tym samym czasie komuniści nie chcieli wypuścić z kraju ówczesnego prymasa Węgier, kardynała Mindszentyego, którego także osadzono w klasztorze – wydostał się dopiero, gdy wybuchła rewolucja węgierska w 1956 roku.

Nasuwa się analogia z Jasienicą, bo wybiera pan temat czasowo odległy, gdzie można było poruszać się bezpieczniej, to znaczy nie wchodzić na rozmaite miny ideologiczne... Skąd taki skok w zainteresowaniach?

Zapisałem się na seminarium do prof. Zinsa, który mi ten temat zaproponował – dał mi pismo, dzięki któremu mogłem korzystać ze zbiorów specjalnych biblioteki KUL-owskiej, obejmujących wiek XVI, gdzie mogłem korzystać z Bieleckiego, Tomickiego, „Kroniki polskiej” Orzelskiego...

Czy on pana przyciągnął czymś, że nie tylko chciał pan u niego pisać, ale i zgodził się na zaproponowany temat?

Tak, przyciągnął mnie swoją wiedzą i autorytetem. To był człowiek naprawdę na wysokim poziomie, wytworny, zawsze starannie ubrany, doskonale mówiący po angielsku, poza tym był melomanem... Zins także się mną trochę zainteresował – prowadził kiedyś wykład o upadku cesarstwa zachodniorzymskiego, związany z tzw. „wędrówkami ludów”, czyli Wizygotów, Ostrogotów, Wandalów, Franków, Anglosasów... Ponieważ byłem głodny wiedzy, w czasie kiedy koledzy chodzili na piwo albo grali w brydża, chodziłem do biblioteki i przerobiłem w ten sposób całą wielotomową „Historię powszechną” Pieniążka z początku XX wieku. Prof. Zins powiedział na tym wykładzie, że Ostrogoci poszli na zachód, do Hiszpanii, a Wizygoci do Italii. A ja u Pieniążka wyczytałem, że było odwrotnie. Podszedłem na przerwie do profesora i pytam, czy się nie przesłyszałem. Bo przecież nazwy, jakie potem nadano tym ludom wskazywały na kierunek wędrówki – od słowa west – zachód, wymyślono Wizygotów, a od „ost” – wschód, Ostrogotów...

I jak on to przyjął?

Nic mi nie odpowiedział, ale po przerwie zaczął wykład tak – „Proszę państwa, pomyliłem się. To Wizygoci poszli na Półwysep Pirenejski, a Ostrogoci do Italii”. Ale zwrócił na mnie uwagę i trochę stałem się pupilem profesora.

Przeglądam pański indeks i jest tu wiele znanych w Lublinie nazwisk – Mańkowski, Willamue, Myśliński, Dobrzański, Kersten... Czwórka u Łubnickiego to z tego co wiem tyle, co u innych piątka. Natomiast jest tylko trójka u majora Wacława Kozaka, ze studium wojskowego...

Najwięcej miałem kłopotów ze studium wojskowym. Pracownik polityczny z jednostki wojskowej opowiadał nam o wojnie ojczyźnianej, która rozpoczęła się w czerwcu 1941 roku, dowodząc, że Armia Radziecka tak bohatersko się broniła, że do początku grudnia hitlerowcy stracili 4.5 miliona żołnierzy. Wcześniej czytałem, że wszystkie siły, jakie Niemcy rzuciły na Rosję, liczyły dokładnie 4.5 mln żołnierzy. Skąd by więc pod Moskwą stały wojska niemieckie? I krzyknąłem – to wszystko wojsko niemieckie by zginęło! On się bardzo obruszył i zaczął krzyczeć – ale były uzupełnienia! Który student to powiedział?! Jakiś dowcipniś powiedział: – Student Balzac. – Student Balzac wystąp! Wszyscy w śmiech.

Czyli rozeszło się kościach...

Potem był egzamin z taktyki, dostałem pytanie – w jaki sposób powinien zachować się żołnierz w czasie ataku atomowego? Na wykładzie na ten temat akurat nie byłem i zacząłem pleść. Egzaminator – nie to, nie to. Mówi mi tak: „Student, powinno się chustkę zmoczyć i przyłożyć do oczu i nosa. Jakbyście to powiedzieli, to mielibyście czwórkę, a tak to tróję”. Taki był poziom.

A co po obronie?

W 1958 roku skończyłem studia, wtedy jeszcze czteroletnie, dopiero następny rok był już pięcioletni. Prof. Zins chciał zaproponować mi asystenturę, ale ponieważ uniwersytet na razie nie miał funduszy, to namówił mnie, żebym znalazł sobie jakąkolwiek pracę w Lublinie. Zatrudniłem się w bibliotece uniwersyteckiej, zajmującej wówczas połowę dzisiejszej biblioteki Łopacińskiego. Pracowałam trzy lata w dziale gromadzenia. Nie miałem już akademika i dojeżdżałem z Pożoga; wyruszałem z domu o szóstej rano, a wracałem na siedemnastą, w soboty także, w zimie wychodziło się w nocy i wracało w nocy.

Co dalej, bo etatu nie ma?

Starałem się o pracę w szkole w Puławach. Złożyłem podanie w inspektoracie oświaty: - „zgłosi się!”. Przychodzę za jakieś dwa miesiące, już był rok 1961 i słyszę – „kolego, wiem, że macie wyższe wykształcenie, magisterium, ale co ja mam z wami robić? Przecież my mamy tłumy po studium nauczycielskim, to ich musimy w pierwszej kolejności zatrudnić, na co nam magistrzy?”. W końcu znalazłem zatrudnienie jako kierownik internatu w państwowej szkole administracji rolnej i melioracji w Puławach. Rok czasu popracowałem, ale ponieważ mąż księgowej szukał pracy, mnie dali wymówienie. Po jakimś czasie udało mi się dostać posadę kierownika internatu w technikum rachunkowości rolnej w Klementowicach. Po roku zaproponowano mi etat nauczyciela – wykładałem historię, ale to było mało, więc jeszcze dołożono mi geografię, ale to też nie wystarczało na etat, a ponieważ w szkole średniej i na studiach uczyłem się rosyjskiego, doszedł jeszcze rosyjski. I przepracowałem tam 28 lat, aż do emerytury.

Pan, jako człowiek tutaj zasiedziały od pokoleń, zapewne najcieplej wspomina Izabelę Czartoryską za rozmaite jej inicjatywy, patriotyczne, historyczne...

Nie tylko, przecież ona założyła w Pożogu ogród kwiaciarski i od tego się tutaj zaczęły róże. Ludzie z Pożoga tam pracowali, prowadzili szczepienia róż, a w końcu sami zaczęli je hodować. To się zaczęło u nas lokalnie, a od 1918 roku poszło na cały powiat, a w połowie XX wieku, na cały kraj. Dlatego w Końskowoli zawsze w połowie lipca odbywa się Święto Róż, kiedy wybiera się najpiękniejszą, tzw. królową róż.

Przed pana domem, aż hen po horyzont, też widać pola różane...

Róża to jest niezwykle wymagający kwiat, który trzeba zaszczepić na „podkładce” – tak zwanym dzikim krzaku róży, a na niej, na tzw. szyjce korzeniowej, trzeba założyć szlachetny szczep i – dopiero – wyhodować. A to trwa kilka lat. I zależy jaką różę – krzaczastą, pienną, pnącą, miniaturkę... Wie pan, kiedyś nie lubiłem pracy na roli, chciałem uciec od rolnictwa, ale w końcu wróciłem na ojcowiznę. Myślałem o karierze naukowej, a zostałem hodowcą róż.