Poslowie Zunczyk_JB Drukuj Email

?wietlista filozofia 

Oto trzecia ksi??ka biograficzno-filozoficzna profesor Jadwigi Mizi?skiej. Zacz??a t? serie nie?mia?o (niejako tytu?em eksperymentu) w ksi??ce Duchy domu wydanej w roku 2006. By?o w tej ksi??ce du?o filozofii i stosunkowo ma?o jeszcze biografii. Bogactwo filozoficznych zrozumie? autorka naniza?a wok? r?nych okruchw pami?ci, ale tak dobranych, aby by?y pi?kne nadaj?ce si? nie tylko na racjonaln?, ale rwnie? mityczn?, a nawet mistyczn? obudow? oraz, nade wszystko, zdrowe dla ducha. I to w potrjnym sensie: zdrowe dla samej autorki (aby nie rozdrapywa? ran), zdrowe dla ludzi wspominanych (aby nie kala? ich pami?ci) i zdrowe dla czytelnikw (aby ksi??ka by?a buduj?ca).

W drugiej ksi??ce z tej serii (Od cudu, 2011) Mizi?ska, po d?ugim, pi?cioletnim, wahaniu, pozwoli?a sobie na wi?cej, zrzuci?a gorset, rozchyli?a szeroko tamy pami?ci, wnikn??a w bolesne i mroczne wspomnienia z dzieci?stwa, ale nie po to, aby epatowa? czerni? (jak to teraz modne), ale by te ciemne obszary oswoi? i prze?wietli? krzepi?c?, ?wietlist? filozofi? (czym jest ta filozofia, o tym za chwil?).

Tym razem, w ksi??ce numer trzy, w ?u?czyku, wesz?a nie tylko w inne komnaty pami?ci, ale te? w komnaty bardziej mroczne nas?czone hybris i polemos, nami?tno?ci? i wa?ni?. To ju? nie by?a delikatna, zagubiona, trac?ca domostwa, rodzina biologiczna, ale rodzina druga; rodzina m??a. Rodzina zdecydowanie odmienna od pierwszej; nie letnia, a wrz?ca; wiruj?ca od pot??nych emocji i zderze? silnych osobowo?ci, podszyta nienawistn? mi?o?ci? (czy te? nienawi?ci? mi?osn?), z gruj?c? nad wszystkimi postaci? ojca rodu i zarazem g?wnego (i zarazem tytu?owego) bohatera ksi??ki.

Kim on by?? Na to pytanie prbuje patrz?c z perspektywy lat, a nawet dziesi?cioleci odpowiedzie? Mizi?ska. Prbuje wnikn?? w intencje wojuj?cych stron, prbuje u?ywaj?c swojej znajomo?ci ludzkich spraw i natury ludzkiej na nowo poj?? ten zadziwiaj?cy spektakl, ktrego by?a uczestnikiem.

Kim wi?c on by?? Ten ironiczny despota pochodz?cy z Wo?ynia; zmagaj?cy si? z Bogiem i s?u??cy socjalistycznej w?adzy; gorliwy uczestnik zebra? powiatowej organizacji partyjnej zamieniaj?cych si? w alkoholowe libacje; polonista i dyrektor szk? wiejskich wra?liwy na pi?kno i dosadno?? j?zykw s?owia?skich; milcz?cy, gro?ny i sparta?ski, w?adczy i twardy, z czarn? brod? uci?t? w ?opat?, kresowy, wschodni. Mizi?ska prbuje przemy?le? wszystko jeszcze raz. Pj?? pod pr?d swojemu dawnemu nastawieniu; w ktrym by?a adwokatem mamusi, ?ony ?u?czyka, b?d?cej drug? stron? wa?ni, i si?? rzeczy prokuratorem ?u?czyka.

Prbowa?a te? pj?? (ale to tylko mj lu?ny domys?) pod pr?d obecnej poprawno?ci politycznej, w ktrej atakuje si? tyranw domowych i przemocowcw, wylewaj?c dziecko z k?piel? i niszcz?c stary, biblijny, idea? m??czyzny (?ony b?d?cie poddane m??om, jak przysta?o w Panu), a przeto uszkadzaj?c m?sko?? m??czyzn. Mizi?ska patrzy zatem na ?wiat, z ktrego znikaj? m??czy?ni pe?nokrwi?ci, wyrazi?ci i w?adczy, i wspomina z coraz wi?kszym sentymentem i czu?o?ci? nieokie?znanego, ma?omwnego polonist?, twrc? jednozdaniowej autobiografii ?u?czyka.

Tym razem prbowa?a by? adwokatem obydwu sk?conych i szczepionych ze sob? w tym mi?osno-nienawistnym u?cisku stron. I c? si? okaza?o? ?u?czyk nie by? taki z?y, a mamusia ze s?abej, niewinnej ofiary zamieni?a si? w silnego, ?wiadomego swoich zalet i przewag, przeciwnika. Mizi?ska, broni?c ?u?czyka, u?y?a trzech argumentw:

  • zraniony rani; ?u?czyk, zraniony w dzieci?stwie i m?odo?ci, rani? niejako odruchowo;
  • stanowili dope?niaj?cy si? uk?ad, ?ci?le powi?zany ze sob?, jak dzie? z noc?, czyli cytuj?c Heraklita dobro i z?o s? jednym;
  • by? zak?adnikiem roli, ktr? gra?, a nie potrafi? gra? innej. Rola zreszt? by?a patrz?c na? z dramaturgicznego dystansu wspania?a, wielka i dostojna, dostojewsko-szekspirowska. Kiedy zabrak?o ?u?czyka, zmniejszy? si? patos egzystencji, spad?o dramatyczne napi?cie ?ycia, wkrad?a si? banalno??.

Gdyby jednak ksi??ka Mizi?skiej ogranicza?a si? do tej biograficznej warstwy, by?aby to jeszcze jedna cho? pasjonuj?ca ksi??ka wspominkowa (wspaniale, nawiasem mwi?c, oddaj?ca koloryt czasw bierutowskich, gomu?kowskich i gierkowskich, ktre s? ju? jak Atlantydy zalane strumieniami nowych czasw). Nad warstwa biograficzn?, fabularn?, gruje jednak ?wietlista filozofia. A c? to?  

Pocz?tki jej si?gaj? zaryzykuj? wielki skrt kultw solarycznych, uto?samiaj?cych Boga najwy?szego ze s?o?cem i jasno?ci? (wspomnijmy faraona Echnatona i jego ?on? Nefretete). Platon zrewolucjonizowa? ten kult, umieszczaj?c prawdziw? jasno??, prawdziwe s?o?ce w nad?wiecie. To idea dobra b?d?ca siostr? syjamsk? idei pi?kna jest fundamentem, si?? ?rd?ow? bytu. Ona to, ?wiec?c, czyni byt dobrym, realnym (ani troch? z?udnym, przemijaj?cym) czyli sensownym. Dalszy ci?g to neoplatonizm, pojmowanie ?wiata jako emanacji boskiego ?wiat?a, to ?redniowieczna metafizyka ?wiat?a, to intuicje kabalistw (stworzenie przez Boga ?wiata to wedle Nachmana z Brac?awia zg?szczenie ?wiat?a na boku). Mizi?ska nale?y do tego nurtu.

C? z tego wynika dla tej opowie?ci? Ka?de, najdrobniejsze, zdarzenie jest sensowne, ma swj udzia? w boskiej ?wietlisto?ci i zostanie uratowane. B?d?my jednak precyzyjni, mo?e by? uratowane na r?nych pi?trach boskiego archiwum (boskiej biblioteki wedle Mizi?skiej). I o to miejsce warto zabiega?; o to tutaj toczy si? walka: modlitwy, wspomnienia, westchnienia do Boga nie s? nadaremne; ca?y dogmat ?wi?tych obcowania, wbrew protestantom, jest prawdziwy. Zapisane za? wspomnienie dzia?a ze szczegln? moc?. Bo nad?wiaty w tej wizji nie s? martwe, tam si? dalej dzieje, cho? z jak?? zadziwiaj?c? gwarancj?, ?e nie b?dzie ?mierci, kl?ski, znicowania.

      

Przez ca?? opowie?? Mizi?skiej przebija zatem pochwa?a bytu, pochwa?a istnienia i wdzi?czno??. Nie teodyceowe pretensje do Boga, ale w?a?nie wdzi?czno??: dobrze, ?e jest co?, nie nic. R?ne nawet z pozoru pokraczne ma?e stworki zaczynaj? ?wieci? boskim blaskiem, bo jest przej?cie od owej wiekuistej ?wiat?o?ci do mrwki i robaka. A to, ?e s? te? kleszcze i piranie (rwnie? w ?wiecie ludzkim)? A po c? zaraz krzyk podnosi?? Po c? pretensje i gniewne teodycee? Nie mwmy Bogu, w co ma zg?szcza? swoje ?wiat?o, nie mwmy Bogu w co ma gra?. Zacytujmy bliskiego Mizi?skiej Mi?osza:

Obdarowa?e? mnie, Bo?e-czarodzieju.

Wdzi?czny Tobie jestem za dobre i z?e.

W ka?dej rzeczy na ziemi ?wiat?o?? wiekuista

Jak teraz, tak i w dzie? po mojej ?mierci.

Mi?osz[1]

Mizi?ska, wytrawny filozof, co z niejednego pieca chleb jad?a (?wiadoma relatywno?ci wszelkich tak zwanych paradygmatw), ?wiadomie wkracza w ca?ej tej swojej biograficznej serii w nurt Pascalowski i Blakeowki; w nurt romantyczny, w ktrym czucie i wiara wi?cej znaczy ni? szkie?ko i oko. Bliskie jest jej zatem odrzucenie nowo?ytnego redukcjonizmu, kultu rozumu i nauki, scjentyzmu i prba ponownego zaczarowanie ?wiata. Do czeg? to jednak prowadzi? Do czego prowadzi ta negacja negacji? Ta negacja rozumu przeprowadzona przez rozum? Do skoku w wiar?!

Mizi?ska wierzy w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, a nie w Boga filozofw; wierzy w ludzkiego Boga, Boga osobowego (nawet z brod?); a nade wszystko w Ojca Jezusa i naszego Ojca. Bo tylko taka wiara mo?e da? rado?? i spokj. Do skoku w wiar? powtrzymy na przekr rozumowi, ktry sk?ania do zimnej kalkulacji, ktra prowadzi w etyce do utylitaryzmu i pragmatyzmu (w wersji plebejskiej do konsumeryzmu) a w teologii do deizmu lub ateizmu. Mizi?ska wierzy zreszt? nie tylko w ludzkiego Boga-Czarodzieja i w jego obecno??, ale te? w obecno?? duchw opieku?czych, anio?w-daimonionw, w ?wi?tych obcowanie i w sny znacz?ce (sygna?y z nad?wiata). Nic dziwnego, ?e sny w tej ksi??ce graj? wa?n? rol?.

            Przesz?a zatem d?ug? drog?, ktra jest zarysowana w jej opowie?ciach; drog? od dzieci?cej religijno?ci sielskiej, anielskiej, przez m?odzie?czy ateizm chmurny i durny (i zaanga?owany spo?ecznie), a? do w dojrza?o?ci osi?gni?tej chwiejnej, co prawa pogody ducha (zwi?zanej z powrotem do owej wiary dzieci?cej; cho? ju? na wy?szym poziomie zrozumienia). Ta droga Mizi?skiej kojarzy mi si? z my?l? XV-wiecznego poety japo?skiego o imieniu Saisho.

Nim zacz??em studiowa? Zen, widzia?em gry jako gry, wody jako wody. Kiedy nauczy?em si? troch? Zen, gry przesta?y by? grami, wody wodami. Ale teraz, kiedy zrozumia?em Zen, jestem w zgodzie ze sob? i znw widz? gry jako gry, wody jako wody.

                                                                                                                                        

Jak to prze?o?y? na jej europejsk?, polsk?, chrze?cija?sk? drog?? B?d? teraz snu? domys?y. Ot? Mizi?ska s?dzi, ?e jako dziewczynka przyst?puj?ca do pierwszej komunii przej?ta, sk?adaj?ca r?czki i wierz?ca w Bozi? by?a blisko prawdy, tu?, tu?, a potem si? od niej oddali?a. Pojawi? si? prometejski marksowski ateizm, potem r?ne filozoficzne portrety Boga. Przechadza?a si? niczym w antycznym Panteonie mi?dzy o?tarzami r?nych bogw: by? tam i byt-jednia Parmenidesa, i demiurg Platona, i w niesko?czono?? my?l?ca siebie Czysta Forma Arystotelesa, byli atomowi bogowie Epikura, by?y przer?ne i liczne emanacje gnostykw, by? te? pe?en niesko?czonych niesko?czono?ci, i od razu gotowy, Bg Spinozy, byli doskonali boscy zegarmistrze deistw, by? te? nie od razu gotowy, spragniony samopoznania i wolno?ci, chytry Duch Hegla, nie wspominaj?c ju? o b?d?cym hipotetycznym dodatkiem do transcendentalnego podmiotu i zarazem s?ug? sprawiedliwo?ci Bogu Kanta. Wyszed?szy z tego dostojnego, marmurowego Panteonu (po d?ugiej zreszt? w?drwce), Mizi?ska natrafi?a na male?k?, drewnian? wiejsk? kapliczk? z Jezusem frasobliwym. I nagle okaza?o si?, ze tamte marmury to marno??, dym i siano, a ta kapliczka ma warto?? i trwa?o?? nad?wiatowego diamentu i nagle wrci?a dzieci?ca wiara i ufno??, w Boga i w byt.

Takie ol?nienia nie pozostaj? bez wp?ywu na j?zyk. Mo?e dlatego j?zyk Mizi?skiej jest tak zmys?owy, konkretny (wystarczy spojrze? na tytu?y rozdzia?w, z ktrych ka?dy jest krtki i wyrazisty niczym w szkolnej czytance). Takie ol?nienia nie pozostaj? rwnie? bez wp?ywu na sposb opowiadania. To nie jest opowie?? z gry, racjonalnie zaplanowana, rozpisana na punkty i podpunkty; rozlewa si? ona niczym rzeka na wiosn?; naturalnie, spontanicznie, szeroko. Obok g?wnego nurtu opowie?ci pojawiaj? si? rozliczne dygresje-odnogi (inicjowane, jak podejrzewam, lu?nymi skojarzeniami; co wskazuje na proces twrczy a nie mechaniczne, chronologiczne odnotowywanie wydarze?). Odnogi te nierzadko wpadaj? ponownie do g?wnego nurtu (co, z kolei, wskazuje na jedno?? dzie?a i wyrafinowanie opowie?ci); Mizi?ska potrafi innymi s?owy lu?no puszczon? nitk? opowie?ci z?apa? i przytwierdzi? do g?wnego splotu. Jej opowie?? nie tylko w szerz si? rozlewa, ale rwnie? w g??b, oscyluje mi?dzy r?nymi poziomami; od gaw?dy ludowej do g??bokich opartych na gruntownej znajomo?ci nauk humanistycznych spostrze?e? filozoficznych, antropologicznych, pedagogicznych, socjologicznych. Filozofowanie Mizi?skiej jest tedy bliskie ?yciu, codzienno?ci; to filozofia prze?yta, a nie akademickie rozprawki; wgl?dy, ol?nienia, a nie skomplikowane poj?ciowe konstrukcje. Mo?na by wr?cz powiedzie?, ?e jest to maksimum filozofii w minimum abstrakcji.

Jaka etyka prze?wieca przez t? ksi??k?? Jaka etyka wi??e si? z ?wietlist? filozofi?? S? dwa skraje etyki chrze?cija?skiej (podobnie zreszt? jest w judaizmie): z jednej strony rygory?ci moralni; ludzie, dla ktrych najwa?niejsze jest trzyma? si? zasad, praw, przepisw; z drugiej strony ludzie nastawieni na cel, na krzewienie w ?wiecie dobra. O jakie dobro chodzi? O mi?o??, czyli trzymanie si? kurczowe tylko dwch zasad jako drogowskazw: kochaj Boga ca?ym sob? i kochaj bli?niego jak siebie samego (czyli troch? mniej). I ten cel rozszerzanie w ?wiecie mi?o?ci i przyja?ni oraz zmniejszanie nienawi?ci i wrogo?ci to cel Mizi?skiej. Nie szuka wroga, przeciwnie, prbuje dostrzec we wrogu cho?by okruszyn? dobra i poczynaj?c od tej okruszyny zaczyna budowanie przyja?ni. ?wietlista filozofia wi??e si? przeto z etyk? rozprzestrzeniania mi?o?ci i przyja?ni. I jest to jak podejrzewam jeden z ukrytych celw tej ksi??ki. Zauwa?my, ?e wywodz?ce si? z tej etyki wskazanie ?w. Augustyna: Kochaj i rb co chcesz, wsp?gra z lu?n?, improwizowan? (wr?cz natchnion?) kompozycj? ksi??ki. Nic te? dziwnego, ?e Mizi?ska zaczyna od motta zaczerpni?tego z wiersza Tuwima: Modl? si? Bo?e ?arliwie ZA WSZYSTKICH MIESZKA?CW ?WIATA.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Zacytujmy Mi?osza:

Czy dobra poezja mo?e powstawa? z nienawi?ci, jest co najmniej w?tpliwe i podziwiam wiersze, w ktrych wyra?a si? mi?o??. A mi?o?ci s? co najmniej trzy odmiany i na ka?d? z nich w j?zyku greckim jest inne s?owo. Eros obejmuje sfer? pop?du seksualnego, ale nie tylko, skoro jest po?rednikiem mi?dzy bogami a lud?mi, po??daniem bezgranicznym, prawdziwym sprawc? wszelkich poczyna? twrczych i w nauce, i w sztuce. Agape to mi?o?? bli?niego, mi?o?? wsp?czucie, zak?adaj?ca, ?e w naszym bli?nim widzimy tak? sam?, tak sam? kruch? i ?atw? do zranienia istot?, jak? my te? jeste?my. To samo znaczy ?aci?skie Caritas, st?d francuskie i angielskie charit, charity. Natomiast Storge wyra?a serdeczn? trosk?, opieku?czo??, czu?o??, przede wszystkim rodzicielsk? wobec potomstwa, a kto wie, czy nie da?oby si? zastosowa? tego znaczenia tak?e do uczu? nauczyciela (niekiedy!) wobec uczniw czy te? (mo?e) poety wobec nast?pnych pokole?[2].

               

W ksi??ce Mizi?skiej, niczym w kotle czarodziejki (dobrej czarownicy), wymieszane s? te trzy rodzaje mi?o?ci; mamy wi?c zag?szczony eliksir z Erosa, Agape i Sorge. Oto trzy sk?adniki fundamentu tej ksi??ki i trzy g?wne nap?dy autorki. Jest te? w tle i inny zapewne; ch??, aby co? po sobie zostawi?, aby uwieczniaj?c innych i siebie uwieczni?, ale nie b?d?my ma?ostkowi, kt? z nas na t? odrobin? interesowno?ci nie choruje; kto nie choruje, niech pierwszy rzuci kamieniem.  

            Podkre?lmy: jest to ksi??ka przesycona poezj?, dobr? poezj? (na szcz??cie nie jest to proza poetycka), w ktrej wyra?a si? owa potrjna mi?o??.

                                                                                                     Jacek Breczko

 


[1] Cz. Mi?osz, Wiersze, tom 4, Nieobj?ta ziemia, Krakw 2004, s. 131.

[2] Mi?osz, Wypisy z ksi?g u?ytecznych, Krakw 1994, s. 215.

 

 OPINIE CZYTELNIKW

 

*******

Jadziu,

gdybym mia?a nakr?ci? film o Tobie, to pewna scena z ?u?czyka by?aby pocz?tkiem. Ta, w ktrej opisujesz jak wdrapa?a? si? na dach swojego lubelskiego domu i zobaczy?a?, ?e groby na cmentarzu tworz? kszta?t krzy?a. Wyobra?am sobie, ?e to zdarzenie co? zmieni?o w Twoim postrzeganiu ?wiata. Nie uwa?am, ?e by?a to radykalna zmiana, raczej parafrazuj?c przypowie?? o siewcy zosta?o zasiane ziarno, ktre musia?o mie? czas na zakie?kowanie. Id?c tropem Ani z Zielonego Wzgrza s?dz?, ?e Anio? otuli? Ci? skrzyd?em i u?wiadomi? Ci to, o czym dobrze wiedzia?a?. ?e Twoj? rol? jest pisanie ku pokrzepieniu dla zranionych w innych miejscach - jak sama napisa?a?.

            Przeczyta?am j? wracaj?c z Lublina do Wroc?awia. Wyobra? sobie sk?ad poci?gu jak na podmiejskie trasy (a do domu ponad 8 godzin jazdy), pe?en ludzi bo to dzie? przed d?ugim weekendem; ha?asw bo komrki doprowadzi?y ludzi do zatracenia instynktu prywatno?ci; zapachw bo spocone cia?a zmieszane z perfumami i dezodorantami; i s?o?ca, ktre upodoba?o sobie ?wiecenie wprost w nasze oczy. I to wszystko znikn??o wtedy, kiedy zacz??am czyta? Twoj? ksi??k?. Wesz?am w Twj ?wiat odcinaj?c si? od w?asnej niezno?nej rzeczywisto?ci. Czasami tylko podnosi?am g?ow? i zastanawia?am si? o czym jest ta ksi??ka.

            Pozornie nie jest spjna, rwie si? na dygresje, s? sny J?drusia, opowie?ci pani Helenki, fragmenty o Kumie, przypowie?? o Zachariaszu . Nawet kwiaty maj? swoje alegoryczne pi?? minut. Ale wiedzia?am, ?e to wszystko jest przemy?lane. Oczadzia?y zm?czeniem, ha?asem, zapachami i wystawiony na s?o?ce umys? nie od razu zaskoczy?. Potrzebowa?am snu, aby zrozumie?, ?e jest to opowie?? o Tobie i Twojej rozmowie z Bogiem-Milczkiem, ktremu opowiadasz swoje dzieje, te faktograficzne i te o wiele wa?niejsze dzieje uczu?. Do siebie. Dosz?a? ju? do takiego stanu rozumienia samej siebie, ?e ?adne paskudztwo nie jest w stanie w Ci? zbruka?, bo rozumiesz i kochasz. Siebie i innych. Tak to sobie rozt?umaczam.

            S?dz?, ?e mo?esz sobie ju? pozwoli? na pisanie ksi??ek, ktre zwrc? uwag? na g?upot? rzeczywisto?ci. Ten passus o ?ysych jest cudowny w swojej bezlitosnej, ale nie okrutnej, glossie do obyczajw ?wiata tego. Zachowanie jest durne, nie ludzie. Jako Twoja czytelniczka czekam na nast?pn? ksi??k?, w ktrej Twoje rozumienie siebie i innych z??cz? si? z Twoim inteligentnym wiedzeniem ?wiata. Tego Tobie i sobie ?ycz?.

                                                                                                                                                                ML

 

*****

 

Mini-mini recenzja

Narracja biograficzna to przywracaniem osb, zdarze?, pejza?y, od-tworzenie --- obecno?ci, zatrzymywanie , tak by nie podzieli?y losw starej wyblak?ej   fotografii , b?d?cej raczej ?ladem ---nieobecno?ci.

Powie?? Mizinskiej ?u?czyk jest takim -mi?uj?cym- przywracaniem   i subteln? interpretacj? ?wiata bliskich, dokonan? przez ?wiadka nast?puj?cego ju? pokolenia, nie tylko zasobnego w inne ?rodki postrzegania, ale i niezwykle bogate intelektualne narz?dzia .Autorka nie musi szuka? czy rekonstruowa? kluczy, by ujawni? umykaj?ce znaczenia, ona dobrze zna i pami?ta wszystkie sekwencje kodw rzeczywisto?ci bohatera swojej opowie?ci i jego otoczenia Ona sama jest ich cz??ci?, nie odrzuci?a zupe?nie tamtych ram, czy dyskursw (te?ciw, rodzicw , dziadkw), a tylko odnios?a si? do nich z dystansu zbudowanego z g??bokiej filozoficznej wiedzy , bogatego do?wiadczenia i szczeglnej poetyckiej wra?liwo?ci. A zrobi?a to tak sugestywnie i zajmuj?co, ze czytelnik nie mo?e si? oprze? wra?eniu, ?e sam by?, widzia?, poznawa? Postaci barwne i nakre?lone z ca?? swoj? z?o?ono?ci? pozwalaj? nam na w?asn?, mo?e nie zawsze pod??aj?ca za sugerowanymi z intencjami autorki, interpretacje.

Krytyczna wobec tego co by?o tylko rani?ce, afirmuj?ca to co cenne, co stanowi?o w jej oczach i sercu oznaki zapomnianego/zapominanego czasem dobra, refleksyjna wobec znakw b?d?cych zaczynem dostrzeganych przez siebie post?puj?cych zmian. O?wietli?a oddalaj?cy si? ju? horyzont tak, by by? zrozumia?y zarwno dla swoich wsp?czesnych, cho? o innych rodzinnych i krajobrazowych korzeniach, jak i tych ?yj?cych ju? w zupe?nie innych realiach--zgodnie z za?o?eniem, ze zadaniem sztuki, a szczeglnie literatury ma by? bowiem poszerzanie naszego pola zrozumienia .

Czasem pisarz potrafi stworzy? mi?dzy ksi??k? a czytelnikiem wi?? tak siln?, ?e na czas trwania owego zwi?zku staj? si? przyjaci?mi, i tak jest tez opowie?ci? Mizi?skiej. Z wielkim ?alem wi?c odwracamy ostatni? stron? z ?alem opuszczamy ten barwny cho? nie prosty i nie koniecznie szcz??liwy, bardzo cz?owieczy ?wiat .

                                                                                 

 

                                                                  E. Hy?y

 

 

 

 

*******

 

                                                                         Lublin 12.2014r.

 

  

 

                   Sz.P. prof. Jadwiga Mizi?ska.

 

         To jego ekscelencja Przypadek, jak by powiedzia? J. Krzy?anowski, m?? S?awy Przybylskiej sprawi?, i? wpad?a mi w r?ce ksi??ka p. Jadwigi Mizi?skiej o dziwnym tytule ?u?czyk. Ten przypadek to Krysia, muza poety- Kozaka jak j? okre?lam.

 

         Pocz?tek dziwny, trudny do czytania, taki profesorski, z licznymi cytatami, analogiami do czasw staro?ytnych. rwnie?. Gdy autorka zaczyna pisa? o sobie, o L.P. na Krzywej w Lublinie, o kole?ankach i przypadku, ktry sprawi?, i? spotka?a si? z ?u?czykiem swoim p?niejszym te?ciem to wraca do swojego naturalnego stylu, pi?knego j?zyka pe?nego epitetw i metafor i te oksymorony rozwiedzione groby. Uroczy opis pierwszych nauczycieli. Niezwykle oryginalne okre?lenia: ?apczywo?? uczu?, uczuciowe g?odomorstwo- rzuca czytelnika na kolana brawo p. Profesor!

 

         Zastanawiam si? tylko nad wiarygodno?ci? charakterystyki postaci tytu?owej. Jak taki cz?owiek apodyktyczny, despotyczny, aspo?eczny, prawie dyktator a w dodatku alkoholik pij?cy z menelami mg? by? nauczycielem a nawet kierownikiem szko?y. Ale nawet tak? niesympatyczn? posta? kto? bezgranicznie pokocha? i by? jej do ?mierci oddany to pies a w?a?ciwie suczka Buni. ?licznie to Pani opisa?a. Losy Zachariasza chwytaj? za serce i ta spontaniczna pomoc m?odzie?y studenckiej z Kielc jest godna podziwu.

 

         Jak?e prawdziwe s? s?dy o tzw. komunie, ?e zosta?y tylko dwa has?a z PRL-u, ktre nie s? wykpiwane to: Polska krajem ludzi kszta?c?cych si? i Tysi?c szk? na tysi?clecie. Szko?y dzi? rzeczywi?cie cz?sto stoj? puste - bez dzieci i m?odzie?y zamienione na domy weselne, bo ludzie maj? si? bawi? hedonizm w czystej postaci.

 

         Podzielam Pani pogl?d na rol? licew pedagogicznych, ich poziom edukacyjny by? wzorem. Absolwenci L.P. to wspaniali nauczyciele wychowawcy, wszechstronnie przygotowani do pracy. Jak?e inni ni? p?niejsi absolwenci SN-w czy WSN-w.

 

         Historia pani A.K. wychowawczyni autorki wzruszaj?ca i pi?knie opisana. Z Pani znajomych znalem p. Meterow?. Mnie rwnie? uczy?a w latach 1964-5 na SN w Lublinie filologia polska. Zna?em rwnie? Kazimierza Stop?, p. Todysa muzyka. Zetkn??em si? rwnie? z nazwiskiem Walencow tylko nie pami?tam kiedy i gdzie.

 

Opinia naszego wielkiego abp ?w. J ?yci?skiego, ?e problemem wsp?czesnego ?wiata jest to, ?e ludzie wierz?cy nie my?l?, a ludzie my?l?cy nie wierz? chyba si? do Pani nie odnosi.

 

Ten mj list, opinia o Pani ksi??ce nie mo?e si? rwna? poziomem z tekstem - pos?owiem p. Jacka Breczki, ktry jest naukowcem, filozofem, a ja zwyk?ym magistrem i dlatego przepraszam za niedoskona?o?ci.

 

Na zako?czenie powiem jednak, ?e rzadko si? zdarza, by prymusi (a niew?tpliwie by?a Pani w szkole prymusk?) zostawali w przysz?o?ci lud?mi wielkimi wybitnymi. Pani jest niew?tpliwym wyj?tkiem, chyl? czo?a, i jestem dumny ,i? kiedy? rozmawiali?my oko w oko

 

         ??cz? pozdrowienia i ?yczenia wszelkiej pomy?lno?ci.

 

                                                                           Waldek Siwek

 

*****

Szanowna Pani Profesor!

Mia?am szcz??cie przeczyta? Pani ksi??k? ?u?czyk. Zafascynowa?a mnie jej tre?? a w?a?ciwie jej filozoficzna warstwa. Przepraszam za ?mia?o??, ale korzystaj?c z faktu, ?e mam na Pani? Profesor namiary zapragn??am porozmawia? z Autork?, a zarazem Kim? bliskim pogl?dami.

Nie jestem pewna, ale wydaje mi si? ,?e ta potrzeba spowiedzi osobistej dotycz?cej w?asnego miejsca w ?wiecie, ktry nas otacza, jest bardzo wa?na dla samej Autorki i dlatego znalaz?a swoje miejsce w ?u?czyku.

Pojmowanie chrze?cija?skiego Boga zgodne z ide? romantyzmu czucie i wiara wi?cej znacz? ni? m?drca szkie?ko i oko jest mi bardzo bliskie. Pochodzimy niemal z tego samego pokolenia i zapewne dlatego wiele m?dro?ci zawartych w tej - mniej czy wi?cej filozoficznej rozprawie, jak? sta?a si? Pani ksi??ka s? rwnie? dla mnie bardzo wa?ne. Zgadzam si? z Pani?, ?e tylko wiara mo?e da? cz?owiekowi rwnowag?, nie?? rado?? i spokj. Pozwala zaakceptowa? Dobro i Z?o, odnale?? si? w trudnej wsp?czesnej rzeczywisto?ci, sprawi?, by nasze ?ycie by?o warto?ciowe i godne Cz?owieka.

         Los, a w?a?ciwie Bg postawi? na mojej drodze takiego w?asnego i bardzo kochanego ? u ? c z y k a, ktry podejmowanymi ?yciowymi decyzjami mia? ogromny wp?yw i wyry? g??bok? rys? na mojej dzieci?cej a potem m?odzie?czej rzeczywisto?ci (jak Pani to okre?la) lat stalinowskich, gomu?kowskich i gierkowskich. I te? tak jak Pani, na swj w?asny sposb, prbuj? si? rozliczy? z przesz?o?ci? za pomoc? powie?ci sagi zatytu?owanej Dwa pokolenia.

         Obraz ?wiata mojego, nie tylko ksi??kowego bohatera kszta?towa? si? nieco podobnie, jak ?ycie ?u?czyka i jego ?ony Jreny. Trudne dzieci?stwo, losy jakie pozbawi?y bohaterw w?asnej, ma?ej ojczyzny sprawi?y, ?e cierpi?cy i odarci ze wspomnie? nie umieli si? ju? nigdy i nigdzie do ko?ca odnale??. Ma Pani racj? - mickiewiczowski, wyidealizowany kraj lat dziecinnych pozostaje cz?owiekowi najbli?szy na ca?e ?ycie. Wiem co? o tym z autopsji! I wielkie to nieszcz??cie dla ludzi nie przygotowanych wewn?trznie na opuszczenie swojego dzieci?cego kraju- raju. Nieszcz??cie to podwjne je?li dotyczy cz?owieka obdarzonego wielk? wra?liwo?ci? a zarazem skryto?ci? ducha. Takim w?a?nie cz?owiekiem by? ?u?czyk. Z otaczaj?c? go now? rzeczywisto?ci? prbowa? si? rozprawi? na swj w?asny sposb. Krzywdy jaka go spotka?a ani on, ani babka Marianna nie umieli, nie mogli, a mo?e nie chcieli wykrzycze?. ?atwiej by?o o nieudane ?ycie obwinia? si? wzajemnie, tworz?c toksyczne ma??e?stwo z kochan? lecz ci?gle poni?an? Iren?. ?u?czyk raz zraniony - rani? wszystkich wok?. Jego matka przyj??a inn? strategi? w?asnej obrony przed krzywdz?cym j? ?wiatem.. Nie k?sa?a jak syn lecz zranion? od wczesnego dzieci?stwa dusz? ukrywa?a za brudnymi kocami w oknie, tworz?c swoj? w?asn? psi? bud?, w ten sposb odgradzaj?c si? od Z?a. Moim zdaniem dzia?a? tu czysty, zwierz?cy instynkt, walka o przetrwanie.

         Analizuj?c losy swojego ksi??kowego bohatera przemyca Pani mnstwo wskazwek jakimi powinni?my kierowa? si? w ?yciu, a robi to Pani tak pi?knie, tak misternie, z tak? wielk? poetycko?ci? s?owa, ?e mo?na tylko pozazdro?ci? i

stara? si? spostrze?enia Pani wykorzysta? we w?asnym ?yciu.

         Cenny dla mnie, niemal jak biblijny werset, jest fragment o nienawi?ci.

Nienawi?ci nie trzeba si? l?ka?, ucieka? przed ni?, chowa? przed ni? g?owy w piasek, przykrywa? fa?szywym u?miechem, owija? w bawe?n?. Sam Bg nakaza? nam by? gor?cymi b?d? lodowatymi, ostrzegaj?c, ?e gdy b?dziemy zaledwie letni, wypluj? nas Jego usta. Stwierdza Pani, ?e dopuszczaj?c w swej m?dro?ci nienawi??, wiedzia? co robi uczyni? z niej podszewk? mi?o?ci.

         Jak?e subtelnie podkre?la Pani obowi?zek mwienia prawdy. Prawda ma nice i dobr? stron?. Mwienie prawdy powinno zszywa? nie rani? tego, co poszarpane. ?ycie w spo?eczno?ci i tej du?ej i tej rodzinnej by?oby

o wiele ?atwiejsze, gdyby?my pami?tali o tej zasadzie. Wwczas, jak Pani to delikatnie okre?la, nagrzana s?o?cem (naszych u?miechw) falowa?aby ta domowa atmosfera i by?aby wolna od upiornych tajfunw. A? si? marzy,

o takiej ciep?ej atmosferze, jakiej brakowa?o na Le?niczwce ?u?czyka. Do g?owy automatycznie wciska si? my?l ile takich Le?niczwek, jak ta ?u?czyka, znajduje si? wok? nas, w s?siednim domu, na nast?pnym pi?trze..!

Wa?na nauka wyp?ywa z Pani s?w o mi?o?ci. () mi?o?? to ni? d?u?sza i mocniejsza ni? samo biologiczne ?ycie - Gdyby t? sentencj? chcieli sobie wzi?? do serca M?odzi nie by?oby zwi?zkw na kokardk?, by?yby na supe? A swoj? drog? ?al, ?e nikt dot?d, jak stwierdza Pani (odwo?uj?c si? do filozofii Platona) - nie odkry? praw wedle ktrych ??czymy si? w pary zakochanych, narzeczonych, ma??onkw.

         Inny problem rozpatrywany w tek?cie o ?u?czyku to problem wybaczania. O ile lepszy, przyja?niejszy zwyk?emu, prostemu cz?owiekowi by?by ?wiat, gdyby?my zgodnie z dekalogiem chrze?cija?skiej wiary nauczyli si? do ko?ca przebacza?. Nie ma ludzi tylko z?ych czy tylko dobrych. Wszyscy jeste?my w kratk?, jak okre?la ks. Twardowski i z tej kratkowito?ci charakterw powinni?my zdawa? sobie spraw?. A to tak trudno!

Pani w swoich obserwacjach idzie dalej stwierdzaj?c, ?e dopiero ?mier? niweluje wszystko: krzywdy, uczucie zemsty za z?o, ktre nas dotkn??o. Nie

trzeba czeka? gwizdka ?mierci, jak to by?o w wypadku dziadka ?u?czyka, aby zacz?? robi? rachunek sumienia.

         Trzeba mie? ufno?? w to, ?e dzieje naszych mi?o?ci i nami?tno?ci trwaj? d?u?ej ni? ziemskie ?ycie jaka? to pi?kna refleksja wa?na nie tylko ze wzgl?du na poczynania bohaterw ksi??ki. Co prawda w rodzinie ?u?czyka sta?o si? nieco inaczej. Irena pozornie nie wybaczy?a swojemu m??owi, nie chcia?a spoczywa? z nim w jednym grobie, - ale czym?e by?a opisana przez Pani? wzruszaj?ca scena w wigilijny wieczr, tu? po ?mierci bohatera, je?li nie prb? wybaczenia za pomoc? pewnego rodzaju pami?ci? Utrzymanie dawnego porz?dku uroczysto?ci, dobr repertuaru intonowanych przez Irusi? kol?d itp. Wed?ug mnie, wieczr ten by? prb? przebaczenia, zaakceptowania tego co by?o, co przynis? los. A wreszcie fakt, ?e po wielu, wielu latach jego Synowa prbuje zrozumie?, usprawiedliwi?, a nie obwinia? - ?wiadczy o tym, ?e w?a?nie po ?mierci ?u?czyk o?y? w ?yciu rwnoleg?ym cz?onkw w?asnego rodu, - jak powiedzia?by Jan Krzy?anowski.

         Mo?e decyzja Irenki o oddzielnym miejscu pochwku wynika?a z faktu, i? musia?a sobie ponarzeka?? Wszak to w?a?nie Pani Profesor w pewnym miejscu ksi??ki podkre?la ogromn? rol? narzekania jako szczeglnej logoterapii w zaleczaniu psychicznych zadra?ni?? i okalecze?. (str54)

         Podzielam Pani zdanie, ?e ()pki ?yj? i ci kochani i ci znienawidzeni nie robimy zwykle nic, aby pomc im wyj?? na zewn?trz, przerwa? swoje milczenie, gdy jednak odchodz? pozostaje w nas ?al, ?e tak ma?o o nich wiedzieli?my, ?e mo?na by?o lepiej, wi?cej, bli?ej, inaczej.

- Jakie? to prawdziwe! Odczu?am ten fakt borykaj?c si? z opracowaniem przesz?o?ci w?asnego rodu. Chwalebne, ?e zwraca Pani uwag? na to zagadnienie. Rzeczywi?cie, wykazujemy coraz mniej asertywno?ci. Wydaje mi si?, ?e ?wiat biegnie do przodu z tak? szybko?ci?, i? pewnych rzeczy nie potrafimy w tym p?dzie nawet dostrzec i st?d wi?cej w nas oboj?tno?ci

w stosunku do drugiego cz?owieka. A co b?dzie u schy?ku wieku? A? strach

o tym pomy?le?!

         ?u?czyk jako dzie?o literackie to dla mnie studium socjologiczne rodu trwaj?cego w bardzo trudnym okresie historii. Podkre?la Pani, ?e dzieci?stwo decyduje o ca?ym dalszym ?yciu nie tylko danego osobnika ale te? jego dzieci, wnukw i daje Pani tego liczne ?wiadectwa. Wzi??am w pewnym momencie na swoje barki syndrom Atlasa ()bra?am na swoje barki trudne decyzje dotycz?ce rodziny. To w?a?nie tak jak Krzysia bohaterka mojej ksi??ki. Tylko ?e ja, pisarka od siedmiu bole?ci nie umia?am tak ?adnie umotywowa? i nazwa? poczyna? stworzonych przez siebie bohaterw.

         Dla dalszej mojej nieudolnej pracy literackiej bardzo wa?ne stanie si? stwierdzenie przytoczone na 127str. Pani dzie?a: Poprzez to co jest teraz, prze?wituje to co by?o przedtem i nawet gdy pragnie si? w nies?ychanie przemy?lny sposb zak?ama?, sfa?szowa? albo ukry? przesz?o?? ona nieoczekiwanie wychynie przez cienk? tkanin? tera?niejszo?ci. Dzi?kuj? Pani bardzo za m?dre a zarazem proste zdefiniowanie tego procesu zachodz?cego w ?yciu ludzkim. Na podstawie obserwacji dosz?am do tego samego wniosku i takim procesom podda?am losy bohaterw Dwch pokole?. Nigdy nie wpad?abym jednak na my?l, ?e jest to proces oglnie przyj?ty przez etyk?.

         Bardzo trafne s? Pani spostrze?enia dotycz?ce realnej rzeczywisto?ci lat sze??dziesi?tych i tych p?niejszych. Chyl? czo?a przed Pani belfersk? dusz?

i w pe?ni podzielam ocen? wsp?czesnego wychowania i o?wiaty, min. tak?e kszta?cenia nauczycieli. Ale to ju? rozwa?ania o innym nurcie Pani ksi??ki.

         Przepraszam za nieudoln? ale blisk? mojemu sercu analiz? Pani dzie?a. Ciesz? si? bardzo, ?e mog?am Pani? pozna?. By?oby mi bardzo mi?o, gdybym mog?a przekaza? Pani Profesor w?asn? ksi??k? i podda? j? wnikliwej krytyce. Wierz?, ?e taka okazja kiedy? si? pojawi. Serdecznie Pani? pozdrawiam. ?ycz? sukcesw nie tylko w nauczaniu lecz tak?e w wychowywaniu akademickiej m?odzie?y. Prosz? o nast?pne cenne dzie?a

                                                                           Krystyna P?kalska