Poslowie Zunczyk_JB Drukuj Email

Świetlista filozofia 

Oto trzecia książka biograficzno-filozoficzna profesor Jadwigi Mizińskiej. Zaczęła tę serie nieśmiało (niejako tytułem eksperymentu) w książce „Duchy domu” wydanej w roku 2006. Było w tej książce dużo filozofii i stosunkowo mało jeszcze biografii. Bogactwo filozoficznych zrozumień autorka nanizała wokół różnych okruchów pamięci, ale tak dobranych, aby były piękne – nadające się nie tylko na racjonalną, ale również mityczną, a nawet mistyczną obudowę – oraz, nade wszystko, zdrowe dla ducha. I to w potrójnym sensie: zdrowe dla samej autorki (aby nie rozdrapywać ran), zdrowe dla ludzi wspominanych (aby nie „kalać ich pamięci”) i zdrowe dla czytelników (aby książka była „budująca”).

W drugiej książce z tej serii („Od cudu”, 2011) Mizińska, po długim, pięcioletnim, wahaniu, pozwoliła sobie na więcej, zrzuciła gorset, rozchyliła szeroko tamy pamięci, wniknęła w bolesne i mroczne wspomnienia z dzieciństwa, ale nie po to, aby epatować czernią (jak to teraz modne), ale by te ciemne obszary oswoić i prześwietlić krzepiącą, „świetlistą filozofią” (czym jest ta filozofia, o tym za chwilę).

Tym razem, w książce numer trzy, w „Żuńczyku”, weszła nie tylko w inne komnaty pamięci, ale też w komnaty bardziej mroczne – nasączone hybris i polemos, namiętnością i waśnią. To już nie była delikatna, zagubiona, tracąca domostwa, rodzina biologiczna, ale rodzina druga; rodzina męża. Rodzina zdecydowanie odmienna od pierwszej; nie letnia, a wrząca; wirująca od potężnych emocji i zderzeń silnych osobowości, podszyta nienawistną miłością (czy też nienawiścią miłosną), z górującą nad wszystkimi postacią ojca rodu i zarazem głównego (i zarazem tytułowego) bohatera książki.

Kim on był? Na to pytanie próbuje – patrząc z perspektywy lat, a nawet dziesięcioleci – odpowiedzieć Mizińska. Próbuje wniknąć w intencje wojujących stron, próbuje – używając swojej znajomości ludzkich spraw i natury ludzkiej – na nowo pojąć ten zadziwiający spektakl, którego była uczestnikiem.

Kim więc on był? Ten ironiczny despota pochodzący z Wołynia; zmagający się z Bogiem i służący socjalistycznej władzy; gorliwy uczestnik zebrań powiatowej organizacji partyjnej zamieniających się w alkoholowe libacje; polonista i dyrektor szkół wiejskich wrażliwy na piękno i dosadność języków słowiańskich; milczący, groźny i spartański, władczy i twardy, z czarną brodą uciętą w łopatę, kresowy, wschodni. Mizińska próbuje przemyśleć wszystko jeszcze raz. Pójść pod prąd swojemu dawnemu nastawieniu; w którym była adwokatem „mamusi”, żony Żuńczyka, będącej drugą stroną waśni, i – siłą rzeczy – prokuratorem Żuńczyka.

Próbowała też pójść (ale to tylko mój luźny domysł) pod prąd obecnej „poprawności politycznej”, w której atakuje się „tyranów domowych” i „przemocowców”, wylewając dziecko z kąpielą i niszcząc stary, biblijny, ideał mężczyzny („żony bądźcie poddane mężom, jak przystało w Panu”), a przeto uszkadzając męskość mężczyzn. Mizińska patrzy zatem na świat, z którego znikają mężczyźni pełnokrwiści, wyraziści i władczy, i wspomina – z coraz większym sentymentem i czułością – nieokiełznanego, małomównego polonistę, twórcę jednozdaniowej autobiografii – Żuńczyka.

Tym razem próbowała być adwokatem obydwu skłóconych i szczepionych ze sobą – w tym miłosno-nienawistnym uścisku – stron. I cóż się okazało? Żuńczyk nie był taki zły, a „mamusia” – ze słabej, niewinnej ofiary – zamieniła się w silnego, świadomego swoich zalet i przewag, przeciwnika. Mizińska, broniąc Żuńczyka, użyła trzech argumentów:

  • „zraniony rani”; Żuńczyk, zraniony w dzieciństwie i młodości, ranił niejako odruchowo;
  • stanowili dopełniający się układ, ściśle powiązany ze sobą, jak dzień z nocą, czyli – cytując Heraklita – dobro i zło są jednym;
  • był zakładnikiem roli, którą grał, a nie potrafił grać innej. Rola zresztą była – patrząc nań z dramaturgicznego dystansu – wspaniała, wielka i dostojna, „dostojewsko-szekspirowska”. Kiedy zabrakło Żuńczyka, zmniejszył się patos egzystencji, spadło dramatyczne napięcie życia, wkradła się banalność.

Gdyby jednak książka Mizińskiej ograniczała się do tej biograficznej warstwy, byłaby to jeszcze jedna – choć pasjonująca – książka wspominkowa (wspaniale, nawiasem mówiąc, oddająca koloryt czasów bierutowskich, gomułkowskich i gierkowskich, które są już jak Atlantydy zalane strumieniami nowych czasów). Nad warstwa biograficzną, fabularną, góruje jednak „świetlista filozofia”. A cóż to?  

Początki jej sięgają – zaryzykuję wielki skrót – kultów solarycznych, utożsamiających Boga najwyższego ze słońcem i jasnością (wspomnijmy faraona Echnatona i jego żonę Nefretete). Platon zrewolucjonizował ten kult, umieszczając prawdziwą jasność, prawdziwe słońce w nadświecie. To idea dobra – będąca siostrą syjamską idei piękna – jest fundamentem, siłą źródłową bytu. Ona to, świecąc, czyni byt dobrym, realnym (ani trochę złudnym, przemijającym) czyli sensownym. Dalszy ciąg to neoplatonizm, pojmowanie świata jako emanacji boskiego światła, to średniowieczna „metafizyka światła”, to intuicje kabalistów (stworzenie przez Boga świata to – wedle Nachmana z Bracławia – „zgęszczenie światła na boku”). Mizińska należy do tego nurtu.

Cóż z tego wynika dla tej opowieści? Każde, najdrobniejsze, zdarzenie jest sensowne, ma swój udział w boskiej świetlistości i zostanie uratowane. Bądźmy jednak precyzyjni, może być uratowane na różnych piętrach boskiego archiwum („boskiej biblioteki” – wedle Mizińskiej). I o to miejsce warto zabiegać; o to tutaj toczy się walka: modlitwy, wspomnienia, westchnienia do Boga nie są nadaremne; cały dogmat „świętych obcowania”, wbrew protestantom, jest prawdziwy. Zapisane zaś wspomnienie działa ze szczególną mocą. Bo nadświaty w tej wizji nie są martwe, tam się „dalej dzieje”, choć z jakąś zadziwiającą gwarancją, że nie będzie śmierci, klęski, znicowania.

      

Przez całą opowieść Mizińskiej przebija zatem pochwała bytu, pochwała istnienia i wdzięczność. Nie teodyceowe pretensje do Boga, ale właśnie wdzięczność: dobrze, że jest coś, nie nic. Różne – nawet z pozoru pokraczne – małe stworki zaczynają świecić boskim blaskiem, bo jest przejście od owej „wiekuistej światłości” do mrówki i robaka. A to, że są też kleszcze i piranie (również w świecie ludzkim)? A po cóż zaraz krzyk podnosić? Po cóż pretensje i gniewne teodycee? Nie mówmy Bogu, w co ma zgęszczać swoje światło, nie mówmy Bogu „w co ma grać”. Zacytujmy bliskiego Mizińskiej Miłosza:

Obdarowałeś mnie, Boże-czarodzieju.

Wdzięczny Tobie jestem za dobre i złe.

W każdej rzeczy na ziemi światłość wiekuista

Jak teraz, tak i w dzień po mojej śmierci.

Miłosz[1]

Mizińska, wytrawny filozof, co z niejednego pieca chleb jadła (świadoma relatywności wszelkich tak zwanych „paradygmatów”), świadomie wkracza – w całej tej swojej biograficznej serii – w nurt Pascalowski i Blake’owki; w nurt romantyczny, w którym „czucie i wiara” więcej znaczy niż „szkiełko i oko”. Bliskie jest jej zatem odrzucenie nowożytnego redukcjonizmu, kultu rozumu i nauki, scjentyzmu i próba ponownego „zaczarowanie świata”. Do czegóż to jednak prowadzi? Do czego prowadzi ta negacja negacji? Ta negacja rozumu przeprowadzona przez rozum? Do „skoku w wiarę”!

Mizińska wierzy w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, a nie w Boga filozofów; wierzy w ludzkiego Boga, Boga osobowego (nawet z brodą); a nade wszystko w Ojca Jezusa i naszego Ojca. Bo tylko taka wiara może dać „radość i spokój”. Do „skoku w wiarę” – powtórzymy – na przekór rozumowi, który skłania do zimnej kalkulacji, która prowadzi w etyce do utylitaryzmu i pragmatyzmu (w wersji plebejskiej do konsumeryzmu) a w teologii do deizmu lub ateizmu. Mizińska wierzy zresztą nie tylko w ludzkiego Boga-Czarodzieja i w jego obecność, ale też w obecność duchów opiekuńczych, aniołów-daimonionów, w „świętych obcowanie” i w sny znaczące (sygnały z nadświata). Nic dziwnego, że sny w tej książce grają ważną rolę.

            Przeszła zatem długą drogę, która jest zarysowana w jej opowieściach; drogę od dziecięcej religijności „sielskiej, anielskiej”, przez młodzieńczy ateizm „chmurny i durny” (i zaangażowany społecznie), aż do w dojrzałości osiągniętej – chwiejnej, co prawa – pogody ducha (związanej z powrotem do owej wiary dziecięcej; choć już na wyższym poziomie zrozumienia). Ta droga Mizińskiej kojarzy mi się z myślą XV-wiecznego poety japońskiego o imieniu Saisho.

Nim zacząłem studiować Zen, widziałem góry jako góry, wody jako wody. Kiedy nauczyłem się trochę Zen, góry przestały być górami, wody wodami. Ale teraz, kiedy zrozumiałem Zen, jestem w zgodzie ze sobą i znów widzę góry jako góry, wody jako wody.

                                                                                                                                        

Jak to przełożyć na jej europejską, polską, chrześcijańską drogę? Będę teraz snuł domysły. Otóż Mizińska sądzi, że jako dziewczynka przystępująca do pierwszej komunii – przejęta, składająca rączki i wierząca w Bozię – była blisko prawdy, tuż, tuż, a potem się od niej oddaliła. Pojawił się prometejski marksowski ateizm, potem różne filozoficzne portrety Boga. Przechadzała się – niczym w antycznym Panteonie – między ołtarzami różnych bogów: był tam i byt-jednia Parmenidesa, i demiurg Platona, i w nieskończoność myśląca siebie Czysta Forma Arystotelesa, byli atomowi bogowie Epikura, były przeróżne i liczne emanacje gnostyków, był też pełen nieskończonych nieskończoności, i od razu gotowy, Bóg Spinozy, byli doskonali boscy zegarmistrze deistów, był też nie od razu gotowy, spragniony samopoznania i wolności, chytry Duch Hegla, nie wspominając już o – będącym hipotetycznym dodatkiem do transcendentalnego podmiotu i zarazem sługą sprawiedliwości – Bogu Kanta. Wyszedłszy z tego dostojnego, marmurowego Panteonu (po długiej zresztą wędrówce), Mizińska natrafiła na maleńką, drewnianą wiejską kapliczkę z Jezusem frasobliwym. I nagle okazało się, ze tamte marmury to marność, dym i siano, a ta kapliczka ma wartość i trwałość nadświatowego diamentu i nagle wróciła dziecięca wiara i ufność, w Boga i w byt.

Takie olśnienia nie pozostają bez wpływu na język. Może dlatego język Mizińskiej jest tak zmysłowy, konkretny (wystarczy spojrzeć na tytuły rozdziałów, z których każdy jest krótki i wyrazisty niczym w szkolnej czytance). Takie olśnienia nie pozostają również bez wpływu na sposób opowiadania. To nie jest opowieść z góry, racjonalnie zaplanowana, rozpisana na punkty i podpunkty; rozlewa się ona niczym rzeka na wiosnę; naturalnie, spontanicznie, szeroko. Obok głównego nurtu opowieści pojawiają się rozliczne dygresje-odnogi (inicjowane, jak podejrzewam, luźnymi skojarzeniami; co wskazuje na proces twórczy a nie mechaniczne, chronologiczne odnotowywanie wydarzeń). Odnogi te nierzadko wpadają ponownie do głównego nurtu (co, z kolei, wskazuje na jedność dzieła i wyrafinowanie opowieści); Mizińska potrafi – innymi słowy – luźno puszczoną nitkę opowieści „złapać” i przytwierdzić do głównego splotu. Jej opowieść nie tylko w szerz się rozlewa, ale również w głąb, oscyluje między różnymi poziomami; od gawędy ludowej do głębokich – opartych na gruntownej znajomości nauk humanistycznych – spostrzeżeń filozoficznych, antropologicznych, pedagogicznych, socjologicznych. Filozofowanie Mizińskiej jest tedy bliskie życiu, codzienności; to filozofia przeżyta, a nie akademickie rozprawki; wglądy, olśnienia, a nie skomplikowane pojęciowe konstrukcje. Można by wręcz powiedzieć, że jest to „maksimum filozofii w minimum abstrakcji”.

Jaka etyka prześwieca przez tę książkę? Jaka etyka wiąże się z „świetlistą filozofią? Są dwa skraje etyki chrześcijańskiej (podobnie zresztą jest w judaizmie): z jednej strony rygoryści moralni; ludzie, dla których najważniejsze jest trzymać się zasad, praw, przepisów; z drugiej strony ludzie nastawieni na cel, na krzewienie w świecie dobra. O jakie dobro chodzi? O miłość, czyli trzymanie się kurczowe tylko dwóch zasad jako drogowskazów: kochaj Boga całym sobą i kochaj bliźniego jak siebie samego (czyli trochę mniej). I ten cel – rozszerzanie w świecie miłości i przyjaźni oraz zmniejszanie nienawiści i wrogości – to cel Mizińskiej. Nie szuka wroga, przeciwnie, próbuje dostrzec we wrogu choćby okruszynę dobra i poczynając od tej okruszyny zaczyna budowanie przyjaźni. „Świetlista filozofia” wiąże się przeto z etyką rozprzestrzeniania miłości i przyjaźni. I jest to – jak podejrzewam – jeden z ukrytych celów tej książki. Zauważmy, że wywodzące się z tej etyki wskazanie św. Augustyna: „Kochaj i rób co chcesz”, współgra z luźną, improwizowaną (wręcz natchnioną) kompozycją książki. Nic też dziwnego, że Mizińska zaczyna od motta zaczerpniętego z wiersza Tuwima: „Modlę się Boże Żarliwie ZA WSZYSTKICH MIESZKAŃCÓW ŚWIATA”.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Zacytujmy Miłosza:

Czy dobra poezja może powstawać z nienawiści, jest co najmniej wątpliwe i… podziwiam wiersze, w których wyraża się miłość. A miłości są co najmniej trzy odmiany i na każdą z nich w języku greckim jest inne słowo. Eros obejmuje sferę popędu seksualnego, ale nie tylko, skoro jest „pośrednikiem między bogami a ludźmi”, pożądaniem bezgranicznym, prawdziwym sprawcą wszelkich poczynań twórczych i w nauce, i w sztuce. Agape to miłość bliźniego, miłość współczucie, zakładająca, że w naszym bliźnim widzimy taką samą, tak samą kruchą i łatwą do zranienia istotę, jaką my też jesteśmy. To samo znaczy łacińskie Caritas, stąd francuskie i angielskie charité, charity. Natomiast Storge wyraża serdeczną troskę, opiekuńczość, czułość, przede wszystkim rodzicielską wobec potomstwa, a kto wie, czy nie dałoby się zastosować tego znaczenia także do uczuć nauczyciela (niekiedy!) wobec uczniów czy też (może) poety wobec następnych pokoleń[2].

               

W książce Mizińskiej, niczym w kotle czarodziejki (dobrej czarownicy), wymieszane są te trzy rodzaje miłości; mamy więc zagęszczony eliksir z Erosa, Agape i Sorge. Oto trzy składniki fundamentu tej książki i trzy główne „napędy” autorki. Jest też w tle i inny zapewne; chęć, aby coś po sobie zostawić, aby uwieczniając innych i siebie uwiecznić, ale nie bądźmy małostkowi, któż z nas na tę odrobinę interesowności nie choruje; kto nie choruje, niech pierwszy rzuci kamieniem.  

            Podkreślmy: jest to książka przesycona poezją, dobrą poezją (na szczęście nie jest to proza poetycka), w której wyraża się owa potrójna miłość.

                                                                                                     Jacek Breczko

 


[1] Cz. Miłosz, Wiersze, tom 4, Nieobjęta ziemia, Kraków 2004, s. 131.

[2] Miłosz, Wypisy z ksiąg użytecznych, Kraków 1994, s. 215.

 

 OPINIE CZYTELNIKÓW

 

*******

Jadziu,

gdybym miała nakręcić film o Tobie, to pewna scena z Żuńczyka byłaby początkiem. Ta, w której opisujesz jak wdrapałaś się na dach swojego lubelskiego domu i zobaczyłaś, że groby na cmentarzu tworzą kształt krzyża. Wyobrażam sobie, że to zdarzenie coś zmieniło w Twoim postrzeganiu świata. Nie uważam, że była to radykalna zmiana, raczej – parafrazując przypowieść o siewcy – zostało zasiane ziarno, które musiało mieć czas na zakiełkowanie. Idąc tropem Ani z Zielonego Wzgórza sądzę, że Anioł otulił Cię skrzydłem i uświadomił Ci to, o czym dobrze wiedziałaś. Że Twoją rolą jest pisanie „ku pokrzepieniu” dla zranionych w „innych miejscach” - jak sama napisałaś.

            Przeczytałam ją wracając z Lublina do Wrocławia. Wyobraź sobie skład pociągu jak na podmiejskie trasy (a do domu ponad 8 godzin jazdy), pełen ludzi – bo to dzień przed długim weekendem; hałasów – bo komórki doprowadziły ludzi do zatracenia instynktu prywatności; zapachów – bo spocone ciała zmieszane z perfumami i dezodorantami; i słońca, które upodobało sobie świecenie wprost w nasze oczy. I to wszystko zniknęło wtedy, kiedy zaczęłam czytać Twoją książkę. Weszłam w Twój świat odcinając się od własnej nieznośnej rzeczywistości. Czasami tylko podnosiłam głowę i zastanawiałam się o czym jest ta książka.

            Pozornie nie jest spójna, rwie się na dygresje, są sny Jędrusia, opowieści pani Helenki, fragmenty o „Kumie”, „przypowieść” o Zachariaszu …. Nawet kwiaty mają swoje „alegoryczne pięć minut”. Ale wiedziałam, że to wszystko jest przemyślane. Oczadziały zmęczeniem, hałasem, zapachami i wystawiony na słońce umysł nie od razu „zaskoczył”. Potrzebowałam snu, aby zrozumieć, że jest to opowieść o Tobie i Twojej rozmowie z Bogiem-Milczkiem, któremu opowiadasz swoje dzieje, te „faktograficzne” i te – o wiele ważniejsze – dzieje uczuć. Do siebie. Doszłaś już do takiego stanu rozumienia samej siebie, że żadne paskudztwo nie jest w stanie w Cię „zbrukać”, bo rozumiesz i kochasz. Siebie i innych. Tak to sobie „roztłumaczam”.

            Sądzę, że możesz sobie już pozwolić na pisanie książek, które zwrócą uwagę na głupotę rzeczywistości. Ten passus o łysych jest cudowny w swojej bezlitosnej, ale nie okrutnej, glossie do „obyczajów świata tego”. Zachowanie jest durne, nie ludzie. Jako Twoja czytelniczka czekam na następną książkę, w której Twoje rozumienie siebie i innych złączą się z Twoim inteligentnym wiedzeniem świata. Tego Tobie i sobie życzę.

                                                                                                                                                                ML

 

*****

 

Mini-mini recenzja

Narracja biograficzna to przywracaniem osób, zdarzeń, pejzaży, od-tworzenie --- obecności, zatrzymywanie , tak by nie podzieliły losów starej wyblakłej   fotografii , będącej raczej śladem ---nieobecności.

Powieść Mizinskiej Żuńczyk jest takim -miłującym- przywracaniem   i subtelną interpretacją świata bliskich, dokonaną przez świadka następującego już pokolenia, nie tylko zasobnego w inne środki postrzegania, ale i niezwykle bogate intelektualne narzędzia .Autorka nie musi szukać czy rekonstruować kluczy, by ujawnić umykające znaczenia, ona dobrze zna i pamięta wszystkie sekwencje kodów rzeczywistości bohatera swojej opowieści i jego otoczenia Ona sama jest ich częścią, nie odrzuciła zupełnie tamtych ram, czy dyskursów (teściów, rodziców , dziadków), a tylko odniosła się do nich z dystansu zbudowanego z głębokiej filozoficznej wiedzy , bogatego doświadczenia i szczególnej poetyckiej wrażliwości. A zrobiła to tak sugestywnie i zajmująco, ze czytelnik nie może się oprzeć wrażeniu, że sam był, widział, poznawał… Postaci barwne i nakreślone z całą swoją złożonością pozwalają nam na własną, może nie zawsze podążająca za sugerowanymi z intencjami autorki, interpretacje.

Krytyczna wobec tego co było tylko raniące, afirmująca to co cenne, co stanowiło w jej oczach i sercu oznaki zapomnianego/zapominanego czasem dobra, refleksyjna wobec znaków będących zaczynem dostrzeganych przez siebie postępujących zmian. Oświetliła oddalający się już horyzont tak, by był zrozumiały zarówno dla swoich współczesnych, choć o innych rodzinnych i „krajobrazowych” korzeniach, jak i tych żyjących już w zupełnie innych realiach--zgodnie z założeniem, ze zadaniem sztuki, a szczególnie literatury ma być bowiem poszerzanie naszego pola zrozumienia .

Czasem pisarz potrafi stworzyć między książką a czytelnikiem więź tak silną, że na czas trwania owego związku stają się przyjaciółmi, i tak jest tez opowieścią Mizińskiej. Z wielkim żalem więc odwracamy ostatnią stronę …z żalem opuszczamy ten barwny choć nie prosty i nie koniecznie szczęśliwy, bardzo człowieczy świat .

                                                                                 

 

                                                                  E. Hyży

 

 

 

 

*******

 

                                                                         Lublin 12.2014r.

 

  

 

                   Sz.P. prof. Jadwiga Mizińska.

 

         „To jego ekscelencja Przypadek”, jak by powiedział J. Krzyżanowski, mąż Sławy Przybylskiej sprawił, iż wpadła mi w ręce książka p. Jadwigi Mizińskiej o dziwnym tytule „Żuńczyk”. Ten przypadek to Krysia, „muza poety”- Kozaka – jak ją określam.

 

         Początek dziwny, trudny do czytania, taki profesorski, z licznymi cytatami, analogiami do czasów starożytnych. – również. Gdy autorka zaczyna pisać o sobie, o L.P. na Krzywej w Lublinie, o koleżankach i przypadku, który sprawił, iż spotkała się z Żuńczykiem – swoim późniejszym teściem – to wraca do swojego naturalnego stylu, pięknego języka pełnego epitetów i metafor i te oksymorony „rozwiedzione groby”. Uroczy opis pierwszych nauczycieli. Niezwykle oryginalne określenia: „łapczywość uczuć, „uczuciowe głodomorstwo”- rzuca czytelnika na kolana – brawo p. Profesor!

 

         Zastanawiam się tylko nad wiarygodnością charakterystyki postaci tytułowej. Jak taki człowiek apodyktyczny, despotyczny, aspołeczny, prawie dyktator a w dodatku alkoholik pijący z „menelami” mógł być nauczycielem a nawet kierownikiem szkoły. Ale nawet taką niesympatyczną postać ktoś bezgranicznie pokochał i był jej do śmierci oddany – to pies a właściwie suczka Buni. Ślicznie to Pani opisała. Losy Zachariasza chwytają za serce i ta spontaniczna pomoc młodzieży studenckiej z Kielc jest godna podziwu.

 

         Jakże prawdziwe są sądy o tzw. „komunie”, że zostały tylko dwa hasła z PRL-u, które nie są wykpiwane to: „Polska krajem ludzi kształcących się” i „Tysiąc szkół na tysiąclecie”. Szkoły dziś rzeczywiście często stoją puste - bez dzieci i młodzieży – zamienione na domy weselne, bo ludzie mają się bawić – hedonizm w czystej postaci.

 

         Podzielam Pani pogląd na rolę liceów pedagogicznych, ich poziom edukacyjny był wzorem. Absolwenci L.P. to wspaniali nauczyciele – wychowawcy, wszechstronnie przygotowani do pracy. Jakże inni niż późniejsi absolwenci SN-ów czy WSN-ów.

 

         Historia pani A.K. – wychowawczyni autorki wzruszająca i pięknie opisana. Z Pani znajomych znalem p. Meterową. Mnie również uczyła w latach 1964-5 na SN w Lublinie – filologia polska. Znałem również Kazimierza Stopę, p. Todysa – muzyka. Zetknąłem się również z nazwiskiem Walencow – tylko nie pamiętam kiedy i gdzie.

 

Opinia naszego wielkiego abp św. J Życińskiego, że problemem współczesnego świata jest to, że „ludzie wierzący nie myślą, a ludzie myślący nie wierzą” chyba się do Pani nie odnosi.

 

Ten mój list, opinia o Pani książce nie może się równać poziomem z tekstem - posłowiem p. Jacka Breczki, który jest naukowcem, filozofem, a ja zwykłym magistrem i dlatego przepraszam za niedoskonałości.

 

Na zakończenie powiem jednak, że rzadko się zdarza, by prymusi (a niewątpliwie była Pani w szkole prymuską) zostawali w przyszłości ludźmi wielkimi – wybitnymi. Pani jest niewątpliwym wyjątkiem, chylę czoła, i jestem dumny ,iż kiedyś rozmawialiśmy „oko w oko”

 

         Łączę pozdrowienia i życzenia wszelkiej pomyślności.

 

                                                                           Waldek Siwek

 

*****

Szanowna Pani Profesor!

Miałam szczęście przeczytać Pani książkę „Żuńczyk”. Zafascynowała mnie jej treść a właściwie jej filozoficzna warstwa. Przepraszam za śmiałość, ale korzystając z faktu, że mam na Panią Profesor „namiary” zapragnęłam porozmawiać z Autorką, a zarazem Kimś bliskim poglądami.

Nie jestem pewna, ale wydaje mi się ,że ta potrzeba spowiedzi osobistej dotyczącej własnego miejsca w Świecie, który nas otacza, jest bardzo ważna dla samej Autorki i dlatego znalazła swoje miejsce w „Żuńczyku”.

Pojmowanie chrześcijańskiego Boga zgodne z ideą romantyzmu – czucie i wiara więcej znaczą niż mędrca „szkiełko i oko” jest mi bardzo bliskie. Pochodzimy niemal z tego samego pokolenia i zapewne dlatego wiele mądrości zawartych w tej - mniej czy więcej filozoficznej rozprawie, jaką stała się Pani książka – są również dla mnie bardzo ważne. Zgadzam się z Panią, że tylko wiara może dać człowiekowi równowagę, nieść radość i spokój. Pozwala zaakceptować Dobro i Zło, odnaleźć się w trudnej współczesnej rzeczywistości, sprawić, by nasze życie było wartościowe i godne Człowieka.

         Los, a właściwie Bóg postawił na mojej drodze takiego własnego i bardzo kochanego Ż u ń c z y k a, który podejmowanymi życiowymi decyzjami miał ogromny wpływ i wyrył głęboką rysę na mojej dziecięcej a potem młodzieńczej rzeczywistości (jak Pani to określa) lat stalinowskich, gomułkowskich i gierkowskich. I też tak jak Pani, na swój własny sposób, próbuję się rozliczyć z przeszłością za pomocą powieści – sagi zatytułowanej „Dwa pokolenia”.

         Obraz Świata mojego, nie tylko książkowego bohatera – kształtował się nieco podobnie, jak życie Żuńczyka i jego żony Jreny. Trudne dzieciństwo, losy jakie pozbawiły bohaterów własnej, małej ojczyzny sprawiły, że cierpiący i odarci ze wspomnień nie umieli się już nigdy i nigdzie do końca odnaleźć. Ma Pani rację - mickiewiczowski, wyidealizowany „kraj lat dziecinnych” pozostaje człowiekowi najbliższy na całe życie. Wiem coś o tym z autopsji! I wielkie to nieszczęście dla ludzi nie przygotowanych wewnętrznie na opuszczenie swojego dziecięcego „kraju- raju”. Nieszczęście to podwójne jeśli dotyczy człowieka obdarzonego wielką wrażliwością a zarazem skrytością ducha. Takim właśnie człowiekiem był Żuńczyk. Z otaczającą go nową rzeczywistością próbował się rozprawić na swój własny sposób. Krzywdy jaka go spotkała ani on, ani babka Marianna nie umieli, nie mogli, a może nie chcieli wykrzyczeć. Łatwiej było o nieudane życie obwiniać się wzajemnie, tworząc toksyczne małżeństwo z kochaną lecz ciągle poniżaną Ireną. Żuńczyk raz zraniony - ranił wszystkich wokół. Jego matka przyjęła inną strategię własnej obrony przed krzywdzącym ją Światem.. Nie „kąsała” jak syn lecz zranioną od wczesnego dzieciństwa duszę ukrywała za brudnymi kocami w oknie, tworząc swoją własną „psią budę”, w ten sposób odgradzając się od Zła. Moim zdaniem działał tu czysty, zwierzęcy instynkt, walka o przetrwanie.

         Analizując losy swojego książkowego bohatera przemyca Pani mnóstwo wskazówek jakimi powinniśmy kierować się w życiu, a robi to Pani tak pięknie, tak misternie, z taką wielką poetyckością słowa, że można tylko pozazdrościć i

starać się spostrzeżenia Pani wykorzystać we własnym życiu.

         Cenny dla mnie, niemal jak biblijny werset, jest fragment o nienawiści.

„Nienawiści nie trzeba się lękać, uciekać przed nią, chować przed nią głowy w piasek, przykrywać fałszywym uśmiechem, owijać w bawełnę. Sam Bóg nakazał nam być gorącymi bądź lodowatymi, ostrzegając, że gdy będziemy zaledwie letni, wyplują nas Jego usta.” Stwierdza Pani, że „dopuszczając w swej mądrości nienawiść, wiedział co robi – uczynił z niej podszewkę miłości”.

         Jakże subtelnie podkreśla Pani obowiązek mówienia prawdy. Prawda ma „nice” i „dobrą” stronę. Mówienie prawdy powinno „zszywać” nie „ranić” tego, co poszarpane. Życie w społeczności i tej dużej i tej rodzinnej byłoby

o wiele łatwiejsze, gdybyśmy pamiętali o tej zasadzie. Wówczas, jak Pani to delikatnie określa, nagrzana słońcem (naszych uśmiechów) falowałaby ta domowa atmosfera i byłaby wolna od „upiornych tajfunów”. Aż się marzy,

o takiej ciepłej atmosferze, jakiej brakowało na Leśniczówce Żuńczyka. –Do głowy automatycznie wciska się myśl – ile takich „Leśniczówek”, jak ta Żuńczyka, znajduje się wokół nas, w sąsiednim domu, na następnym piętrze..!

Ważna nauka wypływa z Pani słów o miłości. „ (…) miłość to nić dłuższa i mocniejsza niż samo biologiczne życie” - Gdyby tę sentencję chcieli sobie wziąć do serca Młodzi nie byłoby związków „na kokardkę”, byłyby „na supeł” A swoją drogą żal, że nikt dotąd, jak stwierdza Pani (odwołując się do filozofii Platona) - nie odkrył praw – wedle których łączymy się w pary zakochanych, narzeczonych, małżonków.

         Inny problem rozpatrywany w tekście o Żuńczyku to problem wybaczania. O ile lepszy, przyjaźniejszy zwykłemu, prostemu człowiekowi byłby świat, gdybyśmy zgodnie z dekalogiem chrześcijańskiej wiary nauczyli się do końca przebaczać. Nie ma ludzi tylko złych czy tylko dobrych. Wszyscy jesteśmy „w kratkę”, jak określa ks. Twardowski i z tej „kratkowitości” charakterów powinniśmy zdawać sobie sprawę. A to tak trudno!

Pani w swoich obserwacjach idzie dalej stwierdzając, że dopiero śmierć niweluje wszystko: krzywdy, uczucie zemsty za zło, które nas dotknęło. Nie

trzeba czekać „gwizdka Śmierci”, jak to było w wypadku dziadka Żuńczyka, aby zacząć robić rachunek sumienia.

         „Trzeba mieć ufność w to, że dzieje naszych miłości i namiętności trwają dłużej niż ziemskie życie” – jakaż to piękna refleksja ważna nie tylko ze względu na poczynania bohaterów książki. Co prawda w rodzinie Żuńczyka stało się nieco inaczej. Irena pozornie nie wybaczyła swojemu mężowi, nie chciała spoczywać z nim w jednym grobie, - ale czymże była opisana przez Panią wzruszająca scena w wigilijny wieczór, tuż po śmierci bohatera, jeśli nie próbą wybaczenia za pomocą pewnego rodzaju pamięci? Utrzymanie dawnego porządku uroczystości, dobór repertuaru intonowanych przez Irusię kolęd itp. Według mnie, wieczór ten był próbą przebaczenia, zaakceptowania tego co było, co przyniósł los. A wreszcie fakt, że po wielu, wielu latach jego Synowa próbuje zrozumieć, usprawiedliwić, a nie obwiniać - świadczy o tym, że właśnie po śmierci Żuńczyk ożył w życiu równoległym członków własnego rodu, - jak powiedziałby Jan Krzyżanowski.

         Może decyzja Irenki o oddzielnym miejscu pochówku wynikała z faktu, iż musiała sobie ponarzekać? Wszak to właśnie Pani Profesor w pewnym miejscu książki podkreśla ogromną rolę narzekania jako szczególnej logoterapii w zaleczaniu psychicznych zadraśnięć i okaleczeń. (str54)

         Podzielam Pani zdanie, że „(…)póki żyją i ci kochani i ci znienawidzeni nie robimy zwykle nic, aby pomóc im wyjść na zewnątrz, przerwać swoje milczenie, gdy jednak odchodzą pozostaje w nas żal, że tak mało o nich wiedzieliśmy, że można było lepiej, więcej, bliżej, inaczej”.

- Jakież to prawdziwe! Odczułam ten fakt borykając się z opracowaniem przeszłości własnego rodu. Chwalebne, że zwraca Pani uwagę na to zagadnienie. Rzeczywiście, wykazujemy coraz mniej asertywności. Wydaje mi się, że Świat biegnie do przodu z taką szybkością, iż pewnych rzeczy nie potrafimy w tym pędzie nawet dostrzec i stąd więcej w nas obojętności

w stosunku do drugiego człowieka. – A co będzie u schyłku wieku? Aż strach

o tym pomyśleć!

         „Żuńczyk” jako dzieło literackie to dla mnie studium socjologiczne rodu trwającego w bardzo trudnym okresie historii. Podkreśla Pani, że „dzieciństwo decyduje o całym dalszym życiu nie tylko danego osobnika ale też jego dzieci, wnuków” i daje Pani tego liczne świadectwa. „Wzięłam w pewnym momencie na swoje barki syndrom Atlasa” – „ (…)brałam na swoje barki trudne decyzje dotyczące rodziny”. To właśnie tak jak Krzysia – bohaterka mojej książki. Tylko że ja, pisarka „od siedmiu boleści” nie umiałam tak ładnie umotywować i nazwać poczynań stworzonych przez siebie bohaterów.

         Dla dalszej mojej nieudolnej pracy literackiej bardzo ważne stanie się stwierdzenie przytoczone na 127str. Pani dzieła: „Poprzez to co jest teraz, prześwituje to co było przedtem i nawet gdy pragnie się w niesłychanie przemyślny sposób zakłamać, sfałszować albo ukryć przeszłość ona nieoczekiwanie wychynie przez cienką tkaninę teraźniejszości”. Dziękuję Pani bardzo za mądre a zarazem proste zdefiniowanie tego procesu zachodzącego w życiu ludzkim. Na podstawie obserwacji doszłam do tego samego wniosku i takim procesom poddałam losy bohaterów „Dwóch pokoleń”. Nigdy nie wpadłabym jednak na myśl, że jest to proces ogólnie przyjęty przez etykę.

         Bardzo trafne są Pani spostrzeżenia dotyczące realnej rzeczywistości lat sześćdziesiątych i tych późniejszych. Chylę czoła przed Pani „belferską duszą”

i w pełni podzielam ocenę współczesnego wychowania i oświaty, min. także kształcenia nauczycieli. Ale to już rozważania o innym nurcie Pani książki.

         Przepraszam za nieudolną ale bliską mojemu sercu analizę Pani dzieła. Cieszę się bardzo, że mogłam Panią poznać. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mogła przekazać Pani Profesor własną książkę i poddać ją wnikliwej krytyce. Wierzę, że taka okazja kiedyś się pojawi. Serdecznie Panią pozdrawiam. Życzę sukcesów nie tylko w nauczaniu lecz także w wychowywaniu akademickiej młodzieży. Proszę o następne cenne dzieła

                                                                           Krystyna Pękalska