Grażyna Żurkowska pożegnanie Drukuj Email

Jadwiga Mizińska                                 8 września 2014

Pożegnanie Profesor Grażyny Żurkowskiej

Każdego poranka pisałyśmy do siebie z Grażyną króciutkie sms-y. Był to nasz codzienny apel i sprawdzanie listy obecności. Kiedy się spóźniałam, dostawałam ponaglenie: „wstawaj, świat na ciebie czeka”.

Znałyśmy się od prawie półwiecza. W dzieciństwie chodziłyśmy do tego samego opolskiego kościoła, ona z miasta, ja ze wsi, potem studiowałyśmy w UMCS – ona polonistykę, ja pedagogikę, wreszcie też obydwie zaczęłyśmy pracę jako asystentki w Instytucie Filozofii tej uczelni. Przez pewien czas, po rozwiązaniu zakładu Jej mistrza, Profesora Jakuba Litwina w 1968 – nawet w tym samym zakładzie Profesora Zdzisława Cackowskiego. W roku 1981, już po urodzeniu synka, nazwanego na cześć Noblisty, Miłoszem, Grażyna wraz z rodziną wyjechała do Australii, skąd pisała długie listy do Ewy i Andrzeja Klimowiczów, przebywających na wyspie Dżerbie w Tunezji

Jak z nich wynikało, żyła tak, jak my wszyscy, sprawami Solidarności, żałowała, że nie może osobiście uczestniczyć w tamtych wspaniałych i gorących wydarzeniach. Należała bowiem do kręgu osób głęboko zaangażowanych w społeczne i polityczne przemiany, dające nadzieję na prawdziwą demokrację samorządność i sprawiedliwość. Zgromadzeni wokół Klimowiczów (jako wychowanków Jacka Kuronia), Sabina Magierska, Stefan Symotiuk, Andrzej Zachariasz, Halina i Jan Rayssowie, Wojciech Samoliński, Jan Pleszczyński, Grażyna oraz ja z mężem Janem, spędzaliśmy całe dni i noce zażarcie dyskutując nad kształtem wymarzonej, wolnej Polski. Choć spełniły się one, mówiąc słowami Czesława Miłosza, „krzywo i niezupełnie”, tym, co pozostało w nas na resztę życia stała się silna wieź nie tylko światopoglądowa, ale przyjacielska. Zahartowana i sprawdzona w trudnych późniejszych czasach, pełnych już nie tylko społecznych, ale i osobistych dramatów. Bodaj najbardziej dramatyczny los przypadł Grażynie. Po nagłej śmierci pierwszego męża, Witolda, została przez pewien czas w Australii, gdzie też poznała przyszłego męża, działacza Solidarności i dyplomatę. Wraz z nim przeniosła się najpierw do USA, a następnie do stolicy Korei, Seulu. Po kilkunastu latach powróciła na stałe do Polski, do Warszawy. Bez trudu namówiliśmy Ją do podjęcia pracy w macierzystym UMCS, prowadziła zajęcia z filozofii w jego radomskiej filii. Jednocześnie napisała i obroniła dysertację habilitacyjną. I przeniosła się jako profesor do zaprzyjaźnionego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Wtedy to nastąpiły Jej najlepsze zawodowo lata: zaczęła publikować liczne artykuły i książki, brać udział w wielu ogólnopolskich konferencjach Spłacając intelektualne długi, opracowała koncepcje swoich mistrzów: Profesora Litwina i Profesora Cackowskiego, jak również Profesora Jana Srzednickiego i wydała je drukiem. Wreszcie, pod wpływem Stefana Symotiuka i moim, zdecydowała się zbudować oryginalną koncepcje własną: Człowieka Radykalnego. Pod takim też tytułem wydaliśmy specjalny, dedykowany Jej tom „Colloquia Communia”, przy tej okazji urządzając dla Niej uroczystość podczas Zlotu Filozoficznego   w Józefowie. Otrzymała też wtedy przepiękny portret z młodości. Wisiał w jej warszawskim mieszkaniu na centralnym miejscu. Grażyna, już wtedy chora, twierdziła, że działa na nią uzdrawiająco.   Człowiek Radykalny, o jakim pisała Grażyna, w istocie okazał się Jej autoportretem. Radykalność, w jej rozumieniu, oznaczała sięganie do najgłębszych korzeni, nie poprzestawanie na czymś powierzchownym czy tylko pozornym. Sama Grażyna była radykalna we wszystkich wymiarach: tak w filozoficznych i politycznych poglądach, jak też w myśleniu, w życiowych decyzjach, w długotrwałej walce z ciężką chorobą. A nade wszystko – w przyjaźni. Oprócz starych, wypróbowanych lubelskich przyjaciół, nawiązała nowe: australijskie, koreańskie, a ostatnio – rzeszowskie. Jej kolega z Rzeszowa, Danielo Stasi, z pochodzenia Włoch, napisał :

„Z wielkim żalem dowiedziałem się o śmierci Grażyny, była osobą wyjątkową, jedną z najlepszych, jakie poznałem w Polsce”

Sama Grażyna też najbardziej, poza rodziną, ceniła przyjaciół i przyjaźń. Już po jej śmierci, trafiłam na następującą definicję przyjaźni, sformułowaną przez Paula Austera w korespondencji z Johnem Coetezee.

„Najlepsze i najbardziej trwałe przyjaźnie oparte są na podziwie. To uczucie jest podstawą, która nierozerwalnie łączy ludzi. Można podziwiać kogoś za to, co robi, kim jest, jaką ścieżką idzie przez życie, Podziw uszlachetnia go w naszych oczach i wynosi na pozycję, którą uważamy za lepszą niż nasza. A to osoba również nas podziwia, czyli uszlachetnia i wynosi na pozycję, którą uważa za lepsza niż własna- wtedy znajdujemy się w sytuacji absolutnej równości.

Grażyny „ścieżka przez życie” była pod każdym względem niezwykła i wyjątkowa. Przez dziesięciolecia zmieniało się w niej prawie wszystko. Prócz jednego; gdziekolwiek ją rzucił los, na jaki kontynent, wiozła ze sobą w walizkach Bibliotekę Klasyków Filozofii. Żyła filozofią i tworzyła filozofię swoim życiem. Filozofię wrażliwości na ludzi, pomagania im w nieszczęściach, lojalności i wierności młodzieńczym ideałom, dzielności, ofiarności, hojności, hartu ducha, szlachetności, bezinteresowności i dumy. A wszystkie te cechy – w stopniu radykalnym.

My także jesteśmy dumni z Jej obecności wśród nas i z tego, że obdarzała nas swoją szczodrą i niezawodną przyjaźnią.

Jej Osoba oraz Jej filozoficzna twórczość stanowi również powód do dumy rodzinnego miasta, Opola Lubelskiego, gdzie się urodziła, ukończyła szkołę podstawową oraz liceum ogólnokształcące. I gdzie życzyła zostać pochowana razem a Matką, Wandą.   Pochodziła z rodu Jastrzębskich, ludzi nietuzinkowych. Starszy brat Ziemowit jest artystą malarzem, młodszy, Krzysztof – właścicielem słynnego Antykwariatu na Żoliborzu, miłośnikiem historii Opola i jej niezrównanym kronikarzem.

Mam nadzieję, że z czasem uda się nam wspólnym wysiłkiem opublikować zebrane i tkwiące jeszcze w komputerze wszystkie prace Profesor Grażyny z Jastrzębskich Żurkowskiej. Jej wyjątkowa postać zasługuje również na biografię, dedykowaną ukochanemu synowi, Miłoszowi, który mieszkając i pracując w Korei nie mógł się orientować o wszystkim, co Ona czyniła dla innych. Nie tylko przyjaciół, ale i uwielbiających Ją studentów , znajomych, sąsiadów i poznanych w czasie choroby Jej podopiecznych.

Cieszę się, ze będzie spoczywała na opolskim cmentarzu, w pobliżu grobów moich rodziców i dziadków. Ciągle będziemy miały do siebie blisko.

Pragnę powtórzyć słowa napisane na jednym z moich rodzinnych grobów:

„Nie pytam Cię, Panie, dlaczego Ją nam zabrałeś.

Dziękuję co za to, że nam Ją dałeś”.

Na koniec jeszcze zwierzenie: w dzień śmierci Grażyny otrzymałam od Niej sms następującej treści:

„Wdychaj, wdychaj. Przywiozę więcej do Nałęczowa. Specjalnie dla Ciebie (wiadomość uszkodzona)”

Nigdy już się nie dowiem, co mam wdychać i czego mi więcej przywiezie do Nałęczowa. Mogę się jednak domyślać, ze będzie to sanatoryjne, uzdrawiające, świeże powietrze. Natychmiast się podzielę z Wami, którzy po Niej płaczecie, Bez obawy, że komukolwiek go zabraknie.