Chamstwo Drukuj Email

 

Chamstwo jako objaw wyczerpania kultury

Nie chłopa rosyjskiego nienawidzi Bunin, on wie, że chłop jest biedny, ciemny i że sam poeta wraz z całym narodem ponosi odpowiedzialność za nędzę ludu. Bunin nienawidzi chama, wyczuł w ludzkości chama i najbardziej pełne jego wcielenie znalazł w chłopie rosyjskim. Chamstwo najłatwiej wykwita na tle nędzy i ciemnoty, lecz z nich nie wynika; ono jest wrodzone, jest grzechem pierworodnym człowieka. Wyzwala się człowiek drogą bezinteresownej kontemplacji prowadzącej na szczyty. Tylko w bezinteresownej kontemplacji odkrywa się człowiekowi świat jako piękno uwiecznione w sztuce. Normalny stan człowieka, to interesowność, praca, walka o byt: w tej walce bardzo łatwo zatracić wszelką zdolność ujmowania piękna; wówczas człowiek spada na szczebel najniższy – na szczebel chamstwa; nie tylko nie rozumie wyższych wartości, ale zaczyna je niszczyć, czyniąc to już zupełnie bezinteresownie - bo w przygnębiającej walce o byt rozwinął w sobie instynkty szkodzenia i teraz posługuje się nimi bezcelowo….[1]

 

1.

Chamstwo – to nieprzyjemne słowo z jeżyka potocznego, nazywające również nieprzyjemne, czy wprost odrażające zjawisko. Chamstwo na pierwszy rzut oka nie nadaje się na kategorię filozoficzną, czy w ogóle teoretyczną. Jednakże, to nie elegancja i dobry smak decydują o tym, co powinno stać się przedmiotem naukowej refleksji, a raczej stopień rozpowszechnienie i dolegliwości danego fenomenu, który może znajdować się poza polem uwagi teoretyków jedynie dotąd, dopóki jest zaledwie kwestią błahą i marginalna. Z momentem, kiedy z marginesu wtargnie on do centrum, nie może być dalej bezkarnie ignorowany. Z tego powodu zestaw pojęć, stających się obiektem badań i analiz, stale się poszerza, a tym samym zmienia się lista i ranga aktualnie najważniejszych „oczek” w narzucanej na zmieniającą się rzeczywistość siatce pojęciowej.

Do liczby tych, jakimi zajmuje się obecnie humanistyka z jednej, a filozofia kultury z drugiej strony, pilnie, moim zdaniem, należy dołączyć pojecie chamstwa. Aby uzasadnić ten postulat, należy w pierwszym rzędzie sięgnąć do etymologii. Poprzedzę to wspomnieniem o moich przygodach z namysłem nad tym pojęciem:

W studenckiej młodości na bieszczadzkich rajdach po raz pierwszy zetknęłam się z próbą refleksji nad zjawiskiem chamstwa zawartym w tekście żartobliwej piosenki, użalającej się nad dolą pijaka, a kończącej się słowami:

Z piosenki ten moralny sens wynika dla narodu,

ze kto z pijaka śmieje się, ten jest chamskiego rodu.

Ta pointa poprzedzona była przypomnieniem ekscesu Noego, który po ukończonej pracy budowy Arki, mającej, z zesłanego przez Jahwe na zdemoralizowany ludzki ród, uratować po parze każdego stworzenia, utrudzony, „popijał wino dzbanem”. Po czym zległ na pokładzie i, gdy zasnął, szata mu się rozchyliła w nieprzystojnym miejscu. Ujrzał to jego syn, imieniem Cham i przywołał pozostałych dwu braci, żeby się razem z nimi natrząsać nad pijanym ojcem.

Za to go przeklął Pan

I odtąd Cham przeklęty

- śpiewali moi koledzy studenci z zapałem.

Przywołując tamte czasy i śpiewane w nich piosenki, uprzytomniłam sobie, jak dalece przez kilkadziesiąt minionych od tej pory lat zmienił się stosunek do chamstwa. Podczas, gdy wówczas było ono piętnowane i wyszydzane, obecnie stało się rodzajem „normalnej anomalii”.

W drugiej dekadzie XXI wieku, zarówno wyrażenia, które niegdyś uznawane były za rynsztokowe, jak również wulgarne i niekulturalne zachowania wtargnęły z „rynsztoka” na „salony”. Szczególnie na „salony polityczne”, a więc do „elit”, przeciwstawianym „społecznym dołom”. Donosi o nich codziennie prasa oraz wszelkie inne media, nie nazywając ich jednak piętnującym określeniem „chamstwo”, ale nazywając „skandalem”. Termin „skandal”[2] (1) ma wszakże zdecydowanie inną treść i wydźwięk, aniżeli „chamstwo”. Skandal to wprawdzie odstępstwo od obowiązującej normy, pewien eksces, wybryk, złamanie konwencji; jednakże nie posiadający jednoznacznie negatywnego wydźwięku i niekoniecznie wywołujący oburzenie. Dla przykładu: skandal w sztuce bywa obliczonym na przyciągnięcie uwagi szerokiej publiczności przejawem nowatorstwa, a podobnie rzecz się przedstawia w modzie, czy w sferze obyczajowej. Chamstwo przedstawiane pod kryptonimem skandalu, chamstwem być jednak nie przestaje: co najwyżej, zamaskowane łagodniejszym mianem, tym bezkarniej pełni swoją destrukcyjną, niszczycielską rolę. Czym wobec tego ono jest jako pozbawione osłonek? Chamstwo samo w sobie, w samej swojej istocie?

Aby dotrzeć do korzeni chamstwa, by przyłapać je na gorącym uczynku, warto sięgnąć już nie do żartobliwego „streszczenia”, lecz do tekstu źródłowego: do biblijnej Księgi Rodzaju, gdzie znajdujemy następujący opis pierwszego, „paradygmatycznego” wydarzenia chamstwa:

Oto trzej synowie Noego, którzy wyszli z arki: Sem, Cham i Jafet. Cham stał się ojcem wszystkich potomków Kanaana. Ci trzej byli synami Noego i oni też dali początek wszystkim ludziom na całej ziemi. Noe, zajmując się uprawą roli, zaczął także uprawiać winorośl. Pewnego razu upił się winem, zdjął szaty i położył się nagi w swym namiocie.

Cham, praojciec potomków Kanaana, zobaczył nagiego ojca i opowiedział o tym swoim braciom znajdującym się na zewnątrz. Wtedy Sem i Jafet wzięli płaszcz, zarzucili go sobie na ramiona i podszedłszy tyłem, okryli nim nagiego ojca. Potem odwrócili się jeszcze raz i stwierdzili, ze ojciec nie był nagi. Kiedy Noe wytrzeźwiał i dowiedział się, jak zachował się najmłodszy z synów. Powiedział:

Niech będzie przeklęty Kanaan. Będzie on sługą sług pośród swoich braci!

A potem dodał: Niech będzie błogosławiony Pan, Bóg Sema, a Kanaan niech będzie

jego sługą.

Po potopie Noe żył jeszcze trzysta pięćdziesiąt lat. W sumie przeżył Noe dziewięćset pięćdziesiąt lat. Potem umarł[3]. (Biblia Rodzinna)

Warto się zadumać nad tym, dlaczego Pismo Święte poświęca aż tyle miejsca tak, mogłoby się wydawać, drobnemu incydentowi, o wymiarze i zasięgu co najwyżej rodzinnym. A skoro już to czyni, to dlaczego Jahwe nie piętnuje raczej faktu upicia się do utraty przytomności Noego, jak by nie było ojca rodu, lecz zachowanie jednego z synów, który się z niego wyśmiewał. Może też zdumiewać wymiar kary za ten jego wyskok: nie tylko Cham, ale i wszyscy jego przyszli potomkowie skazani zostali na los sług potomków jego braci, którzy obnażonego ojca starannie przykryli płaszczem, odwracając przy tym wzrok. Jakiś ludzki moralista gorszył by się głównie nieobyczajnością osoby starszej, dającej zły przykład młodszym – i to rodzonym dzieciom! Tymczasem Jahwe gorszy się reakcją jednego z jego synów!

2.

Aby spróbować wytłumaczyć sobie ten paradoks, trzeba dotrzeć do jakiejś głębszej płaszczyzny, aniżeli jedynie obyczajowa, czy nawet moralna. W przywołanym zdarzeniu można mianowicie dopatrzyć się archetypu odróżniania tego, co kulturowe i szlachetne – od tego, co a-kulturowe chamskie. Tym samym więc kryterium przeciwstawienia kultury brakowi kultury; nie wyłącznie w sensie obyczajowym, lecz fundamentalnym.

Nie zamierzam w tym miejscu przedstawiać jakiejś definicji kultury ‑ jak wiadomo, istnieje ich nieprzeliczalna ilość, przy czym każda wywołuje wątpliwości. Spróbuję natomiast zastosować podejście „apofatyczne”, pokazać, czym kultura nie jest. Innymi słowy, wskazać na jakiś stan post- kulturowy. Dobrą po temu okazją jest debata nad fenomenem „kultury wyczerpania”, z tym, że mnie będzie tu interesowała inwersja tego wyrażania, mianowicie „wyczerpanie kultury”.

Pierwsze z tych określeń; „kultura wyczerpania”, kojarzy się z poszczególnymi stanami (i stadiami) słabnięcia i rozpływania się , rozmywania jakiegoś idealnego, twardego rdzenia kultury. Ów rdzeń kultury można sobie wizualizować w postaci potężnego stalowego pręta, który pod wpływem zmieniającej się temperatury otoczenia , z czasem zaczyna się stopniowo odchylać od pionu, wyginać w rożne strony i na rozmaite sposoby wykrzywiać. Może się to dziać na sposób „nihilizmu”, „sceptycyzmu”, „dekadencji” itp. Ciągle jednak ów rdzeń istnieje, po dawnemu pełniąc funkcję probierza, modelu tego, jak być powinno.

„Kultura wyczerpania” byłaby zatem epoką zwątpienia, czy wciąż jeszcze da się dotrzymać wierności „pionowi”- klasycznemu syndromowi fundamentalnych wartości i norm kulturę konstytuujących. Innymi słowy, stadium „kultury wyczerpania”, wiąże się z wprowadzaniem wielorakich korekt do już „nieżyciowego” ideału, zmierzających do jego „rozmiękczania”.. „Wyczerpanie kultury” natomiast to taki punkt na tej opadającej krzywej, w którym „stalowy rdzeń” wartości i norm kulturowych w ogóle się załamuje, kruszy i roztapia i rozdrabnia, by na koniec zostać zmiażdżonym, zmienionym w magmę i pulpę.

O ile kultura, to w ogólności gradacja i hierarchia na kształt piramidy, różnicowanie wszelkich zjawisk i we wszystkich ich aspektach na to co „niższe” oraz to co „wyższe”, o tyle „kultura wyczerpania” wyraża się przesuwaniem i odwracaniem znaków wartości. Ostanie stadium tego procesu to właśnie „wyczerpanie kultury”, oznaczające sytuację, w której dawne „niższe” uznaje się za dopuszczalne, czy wręcz obowiązujące!

Jeśli przyjmiemy, że antynomią chamstwa jest szlachetność, to w „kulturze pełnej”, szlachetność jest gloryfikowana, natomiast chamstwo potępiane. W „kulturze wyczerpanej” zaś odwrotnie: szlachetność uchodzi za przejaw naiwności i „nieżyciowości”, za to chamstwo jawi się jako podziwiany dowód życiowego realizmu, przebojowości niezbędnej do „utrzymania się na powierzchni”. Chamstwo staje się tu swego rodzaju hegemonem, nie uznającym niczego od siebie wyższego i większego, co więcej – przeczy ono sensowności wyznawania, czy wręcz istnieniu takowych wartości.

Ten właśnie moment nazywam dojściem do głosu i dominacją „paradygmatu chamstwa”, mając przy tym na uwadze nie jedynie „chamskie zachowania”, ale, i przede wszystkim, totalną negację obowiązywalności, a nawet istnienia jakiegokolwiek sacrum i jakiegokolwiek tabu. A przecież sacrum i tabu to niejako żywe, tętniące serce kultury, dwie jego „komory”. Wzbraniają one dotykania i naruszania tajemniczego lecz niezbywalnego jadra kultury, regulującego humanistyczny, humanitarny - człowieczy stosunek poszczególnych osób nawzajem do siebie oraz do Transcendencji. Tabu i sacrum wzbraniają przekraczania subtelnej otoczki eterycznego bytu nietykalnych, intuicyjnie tylko odczuwanych i doznawanych wartości, po zgwałceniu których człowiek ulega od-człowieczeniu,

Chamstwo, ślepe na istnienie tego, co niewidzialne i niedotykalne, tego, co niedotykalne, z arogancją i impetem depce po wszystkich, dla których posiadają one sens, wartość i znaczenie. Czyni to powodowane nie tylko aksjologiczną tępotą i ślepotą, ale również zajadłą wrogością. Typ Chama nie toleruje niczego i nikogo, co i kto go w jakiejś mierze przerasta. To, co dlań niezrozumiale, zamiast zaciekawienia czy zastanowienia, wywołuje odruch destrukcji: chęci podeptania, degradacji, zniszczenia. Leon Kruczkowski jest autorem powieści „Kordian i Cham”. Abstrahując od treści utworu, wykorzystajmy to zręczne przeciwstawienie, nadające imiona naszemu „typowi człowieka kulturowego” i „człowieka bez-kulturowego”. Kordian, z rodu szlachcic, uosobienie bezinteresowności i duchowej elegancji, zorientowany jest na doskonalenie się w kierunku szlachetności, zatem zdąża do wysubtelnienia i wyrafinowania w imię sprostania wartościom najwyższym,. Tym samym jest wcieleniem Pana, w znaczeniu: „człowieka kultury”.

Cham, „człowiek bez kultury”, na odwrót, sam nie będąc wrażliwym na owe imponderabilia, nie znosi i nie toleruje ich u innych. Jego intencją jest powszechne wyrównanie, zniwelowanie, zwałowanie społecznego i aksjologicznego „terenu”. Sam się w takie działanie z zapałem angażuje, wyszydzając i degradując wszystko i wszystkich, którzy, jego zdaniem, „wywyższają się” ponad niego. Ogłasza się zwolennikiem i emisariuszem demokracji „równych żołądków”. Warto zatrzymać się przez chwilę przy tym charakterystycznym wyrażeniu. Wskazuje ono, jak odmiennie mogą być pojmowane podstawy dla tak istotnego dla demokracji pojęcia, jakim jest równość. W wieku siedemnastym Kartezjusz upatrywał jej w identycznym dla wszystkich ludzi przydziale porcji rozsądku i rozumu. Współcześni populiści widzą ją natomiast właśnie w, jakoby dla wszystkich jednakowej, pojemności organu trawienia pokarmów!

Obecne zwycięstwo tej tendencji do „obniżenia” centrum człowieka z poziomu „głowy” na poziom „poniżej pasa”, sprzyja redukowaniu zapotrzebowania na „pokarm dla rozumu” na rzecz „karmy dla żołądka”. Zatem przewadze roszczeń Chama nad ambicjami Kordiana.

Można by słusznie zapytać dlaczego Cham, który satysfakcjonująco dla siebie realizuje się dziś jako konsumpcyjny Jamochłon, nie zadowala się tym, że sam ma dobrze, ale ponadto agresywnie atakuje Kordiana, mimo, iż ten bynajmniej nie aspiruje do konkurowania z nim o dobra materialne i utylitarne. Byłoby to zarazem pytanie o to, dlaczego w obecnej cywilizacji typ Chama nie toleruje typu Pana- Kordiana, a przeciwnie, zabiega o narzucenie mu własnej mentalności oraz quasi- aksjologii. Nawiązując do zacytowanego na wstępie motta, autorstwa Fiszera, w nieco innej stylistyce zapytajmy: dlaczego egocentryczna interesowność zmierza dziś do wyplenienia, a co najmniej zdeprecjonowania postawy kontemplacyjnej i bezinteresownej?

3.

Poszukując wyjaśnienia, skorzystam z bardzo mi bliskiego rozumowania Jacka Breczki, przedstawionego w krótkim tekście „Postmodernizm a bezpieczeństwo duchowe”[4]

Przede wszystkim, z zacytowanego przezeń Leszka Kołakowskiego, używającego pojęcia „bezpieczeństwo duchowe”, będącego podstawą „ufności w życie”. Według Kołakowskiego jest ono konstytuowane przez cztery przekonania:

1. Istnieje realna różnica między dobrem a złem.

2. Istnieje realna różnica między prawdą a fałszem.

3. Istnieje sensowny porządek świata ( świat ma sens).

4. ‹Istnieje coś takiego, jak rzeczywista historia, która nas ogarnia, żywa ciągłość, która nas wiąże i ogranicza , całość, w obrębie której współżyją i porozumiewają się minione i obecne pokolenia›[5].

Patrząc na ten syndrom „bezpieczeństwa duchowego” można by go, moim zdaniem, potraktować jako swego rodzaju skrócony Dekalog Kordiana.

Kordian, Pan- Człowiek Kultury ufa życiu, wierzy w duchowość, dzięki czemu wierzy również, iż życie nie sprowadza się do nagiego przeżycia , ale „jest po coś”. Owo „po coś” pozwala mu - dodajmy od siebie - przekraczać poziom wegetatywny i instynktowny, skłania ku temu, aby „pług swojego życia przywiązać do jakiejś gwiazdy”. Czyli przekraczać immanencję w stronę Transcendencji. W stylistyce E. Fromma, inspirować do „życia na być”, a nie „życia na mieć”.

Uzupełniając zarówno J. Breczkę, jak i L. Kołakowskiego, należy przy tym zauważyć, iż „bezpieczeństwo duchowe” może wchodzić w kolizję z „bezpieczeństwem życiowym”. Pan. Kordian gotów jest świadomie podejmować takie ryzyko. Poświęcać nie tylko wygodę i spokój, ale nawet życie dla Kamiennych Tablic Kołakowskiego.

Cham, antyteza Pana, Kordiana, odrzucający Transcendencję , ale też „żywą całość historii”, uznaje się za pępek świata, jego idolami staje się duet Wygody i Rozrywki. Narzuca mu to styl „zabawowego hedonizmu”, który, jak to określa J. Breczko, „więzi go w wesołym miasteczku” . Złakniony nie tyle życia, ile u- życia, zatraca się w rozrywce, „zabawia się na śmierć”. Sam także zresztą „czyni śmierć” zarówno innym, jak i sobie samemu.

Wykorzystując rozumowanie J. Breczki do moich celów, znajduję jeszcze jedno odróżnienie między pańskością a chamskością: w tym, iż podczas gdy druga goni za płytką wesołością (w typie sit comu), to pierwsza docenia powagą i jej pożąda.

Ostatecznie obraz dzisiejszego Chama staje się bardzo podobny do Chama biblijnego: obydwaj z lubością natrząsają się powierzchni rzeczywistości, jako że pozostają ślepi, głusi i niewrażliwi na jej głębsze pokłady. Sami mając postać duchowego „płaszczaka”, nie są w stanie zrozumieć innych, do niech niepodobnych- ludzi intelektu, uczuć , ducha. Kpina, szyderstwo, chichot jest jedynym dostępnym im sposobem radzenia sobie z tym, co niezrozumiałe.

W tym też sensie obecne rozplenienie się typu Chama stanowi epifanię wyczerpania się kultury. Cham swoją egzystencję traktuje jako „obsługę” swojej własnej, jednostkowej , od- uduchowionej, biologicznej, czy raczej fizjologicznej wegetacji.

4.

Aczkolwiek natura chamstwa pozostaje niezmieniona od momentu, gdy jeden z synów Noego zademonstrował ją na Arce, to zmieniają się historyczne przyczyny pojawiania się, szerzenia, traktowania go już to jako anomalii, już tez jako normy.

Jeszcze do niedawna Cham pozostawał w pogardzie, był uznawany za patologią i margines kultury - obdarzenie kogoś tym mianem uchodziło za inwektywę. Dzisiaj, w epoce postmodernistycznej, którą Jacek Breczko w innym swoim tekście nazywa „katastrofizmem kulturowym”(5), doszło do osobliwej inwersji. Autor przytacza „prawo Miłosza” łoszące: „jeśli w każdym człowieku tkwi mędrzec i idiota, ten kto schlebia idiocie, zwycięża” i twierdzi, iż postmodernizm jest swego rodzaju „zwycięstwem idioty”. Przejawia się ono tym, co Florian Znaniecki nazwał ochlokracją w kulturze.

J. Breczko dowodzi, że współczesny postmodernizm, nałożony na naoliberalistyczne podłoże prowadzi konsekwentnie do takiej właśnie ochlokracji, czyli wyniesienia tzw. masowej kultury tłuszczy ponad kulturę elit. Oto przekonująca mnie argumentacja na rzecz tej tezy:

Otóż w kulturze coraz większy wpływ uzyskuje kultura masowa; kultura masowa staje się zaś coraz bardziej obrazkowa, jaskrawa, hałaśliwa, wulgarna, z coraz większymi dawkami erotyzmu i przemocy. Dział tu zarówno prawo konkurencji, jak i potrzeba wzmacniania bodźców związana z przyzwyczajaniem się i „znieczulaniem” wyobraźni [...]. W polityce mamy zaś do czynienia z w coraz większym stopniu z „demokracja mass- medialną” (czyli rozszerza się sfera polityki robionej z myślą o gustach masowych), co z kolei przejawia się zanikiem poważnej debaty politycznej, zastępowanej chwytliwymi hasłami oraz polemikami przypominającymi podwórkowe kłótnie przy trzepaku, gdzie królują wyzwiska, przezwiska, oskarżenia, i coraz bardziej skrajne, dosadne sformułowania 9 tak zwana „brutalizacja języka polityki”). W takiej debacie wygrywają politycy bezwzględni oraz schlebiający gustom masowym, czyli – przede wszystkim – „obiecujący” („krew, pot i łzy” zostały zastąpione ‑ nawet w sytuacjach kryzysowych – przez „zdrowie, wypoczynek i zabawę”). Co więcej – można odnieść wrażenie, ze pierwsza linia polityków (tak zwani liderzy), to postacie karykaturalne, nadmiernie wyraziste; druga linia, przeciwnie, postacie uśrednione, pozbawione indywidualizmu, wypowiadające się schematycznie (wedle obowiązującej w danej chwili „partyjnej poprawności”) i wyglądające identycznie (fryzury i stroje niczym mundury. Prowadzi to – krótko mówiąc – do ochlokracji w polityce ( ze demokracja może przerodzić się w ochlokrację, to spostrzeżenie starożytne) oraz , uwaga, do „ochlokracji w sferze ekonomicznej, religijnej, artystycznej i naukowej” czyli do ochlokracji w kulturze[6].

Jak wnika z tej przenikliwej analizy, czynniki powodujące schamienie obyczajów, tkwią o wiele głębiej. Obecnie proces chamienia, obejmuje wszystkie pozostałe sfery życia, nie wykluczając – o zgrozo! – kultury, mającej być wszak barierą i tamą przed chamstwem.

J. Breczko wskazuje, iż źródłem owej „totalizacji chamstwa” jest znana od starożytności tendencja przekształcania się demokracji – w ochlokrację! W porównaniu z wcześniejszymi formami ochlokracji, współczesna dopuściła się wtargnięcia tego destrukcyjnego zjawiska na teren, z którego była niegdyś wykluczona. Cham wypiera Pana z Palacu, wtargnąwszy na pokoje w ubłoconych buciorach! Ten, który miał stać na straży wartości wysokich i szlachetnych, umizga się do prostaka, który ma pieniądze i który tworzy masę „wyborczego elektoratu”[7].

5.

Okrzyki zdumienia i grozy same w sobie są jednak dość bezsilne, gdyż cham jest odporny na wstyd ‑ jego potęgą jest bez-czelność. Działa z odsłoniętą przyłbicą i jeszcze tym się szczyci. Dlatego warto rozważyć, z czego, z jakich dotąd przemilczanych głębi wypływa dzisiejsza erupcja chamstwa oraz milczące na nie przyzwolenie tych, co sami nie umieją albo nie chcą się do niego przyłączyć. Pulp-kultura musi mieć jakieś żyzne podglebie, a szukać go należy także w historii nie tylko najnowszej. Na szczęście, wraz z coraz to bardziej wzmagającą się krytyką „schamienienia” masowej pseudo-kultury, obliczonej na produkcję rzesz konsumenckich, pojawiają się bardzo interesujące głosy na temat obecnego ‑ by tak rzec oksymoronicznie ‑ „panowania Chama”. Jest to fenomen szczególnie zastanawiający w Polsce, która przez wieki strzegła przewagi Jafetanad Chamem. W jednym, tylko numerze „Gazety Wyborczej” z dnia 11-12 sierpnia 2012 roku znalazły się trzy obszerne teksty poświęcone tej zagadkowej sprawie[8].

Ich autorzy – i rozmówcy z którymi przeprowadzono wywiady- zgadzają w poglądzie co do istoty postawy Chama:, określonej przez brazylijskiego filozofa, Ladislaua Dowbora hasłem: We are the best, fuck the rest. Polscy autorzy, muzyk Maciej Szajkowski oraz pisarz, Marian Pilot, zanurzają się ponadto w historyczne dzieje naszego kraju, które ‑ ich zdaniem ‑ niejako wymuszały na niższych warstwach społeczeństwa fenomen, który można by nazwać „chamstwem obronnym”. Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza analiza Macieja Szajkowskiego, w myśl której dawny polski chłop zmuszany do pańszczyzny (nomen omen!) pozostawał zniewolonym homo feudalus. Jego psychika pozostawała na trwale zraniona, tym bardziej, że, jak pisze Wiesław Myśliwski, rodził się bez najważniejszego imperatywu do życia – bez nadziei[9].

Podobnie Marian Pilot, twórca nagrodzonej w 1012 roku nagrodą Nike powieści „Pióropusz” obecny podział Polaków na bezwolne „lemingi” – niewolników korporacji i dumnych „sarmatów, („tyle tylko, że dziś „Lemingi orzą w korporacjach, a Sarmaci stoją z bronią u nogi”) wywodzi z tradycyjnej mentalności, która niesprawiedliwość społeczną kwitowała pogardą dla nieobecnych w kulturze „Chamów”. Co szczególnie interesujące, M. Pilot zwraca uwagę, ze nawet pośród „chamstwa” istnieje tendencja, by je stopniować we dół, oddalając od samego siebie i coraz to niżej spychając tę wciąż deprecjonującą nazwę. Jednocześnie jednak bynajmniej nie rezygnując z chamskiego stylu bycia.

*

Konkludując: mamy obecnie do czynienia z poważnym zamieszaniem wokół zjawiska chamstwa, polegającym na tym, ze z jednej strony preferuje się zachowania (i adekwatne do nich słownictwo) wyzbyte elementarnych względów na wartości wysokie. Z drugiej wszakże ‑ osoby tak postępujące oddalają od siebie oskarżenie o chamstwo. Znakomitą tego ilustracją była niedawna „afera” wokół dwuznacznego programu telewizyjnego showmana Kuby Wojewódzkiego, brutalnie „żartującego” na temat Ukrainek zatrudnianych u Polaków w charakterze pomocy domowych. Tak te Ukrainki, jak i liczne Polki, poczuły się urażone i obrażone, zaś idol Wojewódzki tłumaczył się, ze on miał właśnie intencję stanąć w obronie wyzyskiwanych i krzywdzonych…

Ten przypadek nakazuje podnieść jeszcze jedną kwestię: mianowicie – jeśli zachować klasyczne dystynkcje Człowieka Kultury oraz pozakulturowego Chama, to jakimi metodami człowiek szlachetny miałby skutecznie zwalczać chamstwo?

Obiegowe powiedzenia odradzają „kopania się z koniem” czy „bicia się na mokre szmaty”, czyli zniżania się do poziomu przeciwnika. Również ignorowanie chamstwa jedynie przyczynia się do jego panoszenia. Czy istnieje jakieś inne, trzecie wyjście? I jakie ono mogłoby być? Ale przede wszystkim: czy naprawdę możemy sobie pomyśleć takie społeczeństwo, w którym w ogóle nie ma miejsca dla Chama?

Obawiam się, że nie, bo skoro Pan Bóg obdarzając swego wybrańca Noego trzema synami, jednego z nich przeznaczył do tej roli, najwidoczniej i Cham jest do czegoś niezbędny. Powiedziane jest zresztą wprost, do czego – by był jego potomkowie byli „niewolnikami” potomków Jafeta i Sema.

Nie chodzi zatem o wyplenienie:” chamskiego rodu”, a jedynie o utrzymywanie go na właściwym mu, podrzędnym miejscu. Tak, jak to czynił, natychmiast po obudzeniu, szlachcic Zagłoba, powtarzać trzeba „cham chamem”! Nie po to, aby go obrażać i piętnować, ale by starać się utrzymać do niego dystans. By strzec granicy, jaka nas od niego oddziela. Czasem owa granica przebiega bowiem w naszym własnym wnętrzu…

                                                                                                                              Jadwiga Mizińska

 


[1] W. Fiszer, Z literatury rosyjskiej. Iwan Bunin, „Przegląd Warszawski”, 1923, nr 24;cyt za: L. B. Grzeniewski, Iwan Bunin, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 62-63.

[2] J. Mizinska, Skandal.

[3] Biblia Rodzinna (pełny opis biblograficzny).

[4] J. Breczko, Postmodernizm a bezpieczeństwo duchowe (glos przy okrągłym stole) – maszynopis.

[5] L. Kołakowski, Moje słuszne poglądy na wszystko. Kraków 1999. s. 384- 385

[6] Jacek Breczko, Historia po „końcu historii”. Próba ogólnej diagnozy kondycji i polityki Zachodu ( maszynopis).

[7] Tamże.

[8] Brak przypisu.

[9] Brak przypisu.