Wywiad Drukuj Email

Czy istnieje w dziejach postęp zła?

Wywiad Dariusza Wilczka z Jadwigą Mizińską

Newsweek: Co pani myślała, śledząc relacje z Norwegii, z tego mordowania ludzi na oczach całego świata? Że pojawił się jakiś nowy rodzaj ludzkiego zła.

przed którym nie jesteśmy się w stanie obronić?

t

Prof. Jadwiga Mizińską: - Nie. Patrzyłam na to jak na nową odsłonę znanego dramatu. Zło jest niezmiennie takie samo, poczynając od grzechu pierworodne­go, od złamania zakazu boskiego - pierwszego aktu tragedii. Drugi jej akt to bra-tobójstwo w rodzinie. Kain zabija Abla. Wystarczyło dwóch braci, żeby o jed­nego było za wiele. Ginie niewinny Abel, przeżywa bratobójca, morderca - od niego wszyscy pochodzimy. Nosząc zło w spuściźnie zarówno po rajskich praro-dzicach, jak i już po ziemskim przodku, jesteśmy, jak mówi wieszcz — „plemie­niem Kainowym". Nie ma wiec żadnego nowego zła. Ono jest tak stare, jak cała ludzka rodzina,.

Stare jak Bóg?

- Tak. Bóg udziela zła człowiekowi. Teolog powiedziałby, że Bóg jest pełnią. Nie­sie w sobie dobro i zło, miłość i nienawiść, okrucieństwo i miłosierdzie. Tworząc człowieka na swoje podobieństwo, przekazuje mu też wszystkie te atrybuty. Każ­dy na własną rękę i osobistą odpowiedzialność musi zadbać o ich skomponowa­nie w sobie.

Chrześcijanie chcą widzieć jedynie dobrego Boga.

— Czynią tak z lenistwa umysłowego i zamiłowania do jednoznaczności, a to ozna­cza uproszczenie i prymitywizację. Dla własnej wygody tworzą sobie westernowy obraz świata, takiego, jaki w gruncie rzeczy nie istnieje. Mimo to trudno jest się im pogodzić z „czarnymi charakterami", takimi jak Brevik, którzy byli, są i będą. Zresztą na ich tle sami sobie wydają się bardziej anielscy, co ich uprawnia do bez­względnego potępienia bez zastanowienia się nad tym, co ich skłania ku bratobójstwu.

To znaczy, że musimy zaakceptować zło?

- Akceptować - to niedobre określenie, raczej - przyjmować je do wiadomo­ści, zdawać sobie sprawę z jego istnienia i nieuchronności. Gdybyśmy chcieli zniszczyć zło, musielibyśmy od nowa stworzyć świat, a przecież nie mamy takiej mocy. Zło będzie istniało zawsze. Niezależnie od tego jak bardzo będziemy je wy­pierać z naszego życia. Ale żeby pana uspokoić. Przypomnę słowa Goethego bę­dące mottem do .Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. Szatan mówi o sobie: „Jam cząstką tej siły, która wiecznie chcąc sprawiać zło, wieczne czyni dobro". Bo sub­stancja zła i dobra jest taka sama - to nasze uczynki. Konsekwencje „złych" po latach mogą się okazać zbawienne, a jak mówi przysłowie: „Dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło".

Trywializując nieco — gdyby odciąć zło od dobra nie byłoby ani nas, ani też bo­haterów klasycznych powieści: Kmicica, księdza Robaka, Lorda Jima, Rodiona Raskolnikowa i wielu, wielu innych. Co byśmy zrobili z naszą kulturą, która nie istnieje bez dualizmu, a w związku z tym - i dramatyzmu zmagania się sił dobra i mocy zła? Ich zmaganie się w nieustannym boju nadaje naszej egzystencji dy­namikę, pozwala opowiadać się po którejś ze stron i starać się dochować wierno­ści swojemu wyborowi. Bo i na świętych - zwłaszcza na nich — czyhają pokusy.

A co to w ogóle jest zło i dobro?

- To pytanie z rzędu „przeklętych problemów", od tysiącleci nie zdołała ich roz­wiązać ani filozofia, ani etyka, ani teologia. Ale na codzienny użytek można się posłużyć określeniem Barbary Skargi. Przed trzydziestu laty dostałam ją w pre­zencie podczas jej wykładu w Lublinie. Na pytanie o zło, pani profesor odpo­wiedziała, a ja powtarzam za nią z wdzięcznością, że zło to cierpienie na twarzy drugiego człowieka. Zatem kryterium dobra stanowiłby uśmiech ulgi, jeśli nie ra­dości, najlepiej wywołany przeze mnie. Tak więc, zamiast debatować nad dobrem i złem albo szukać po encyklopediach definicji, powinniśmy bacznie wpatrywać się w Twarz Drugiego, w Twarz Innego. Tak jak to zresztą robią kochające matki w stosunku do niemowląt.

Kreacjonista może mówić o boskim pochodzeniu zła. Ewolucjonista mógłby powiedzieć, że zło pojawiło się jakieś 150-200 tysięcy łat temu razem z ga­tunkiem homo sapiens. Zwierzęta zabijały, żeby przeżyć. Człowiek wcale nie musi zabijać, by żyć, a mimo wszystko zabija.

- Zgoda. Przyrodę należałoby wyłączyć spod ocen moralnych, zła czy okrucień­stwa, czy Z jednym wyjątkiem, który trapił kiedyś w równym stopniu Leszka Kołakowskiego co Wisławę Szymborską. Oboje zastanawiają się — a dołącza do nich jeszcze Czesław Miłosz, co począć z kotem, który przed uduszeniem - bawi się z myszą. Wszyscy troje widzą w tym przejaw okrucieństwa, czyli zadawania nadmiarowego cierpienia. Wszelako niewiele wiemy o psychice zwierzęcej, koty nam się nie zwierzają, łacno przypisujemy im nasze ludzkie cechy. Tak czy inaczej, niezależnie od tego, czy przyjmujemy teorię stworzenia świata przez Boga czy też teorię ewolucji gatunków, zło, wraz z jego nąjstraszniejszą od­mianą okrucieństwa wpisane jest w rzeczywistość. Nie da się go usunąć, bo wte­dy rozpadłaby się struktura bytu. Może potrzebne jest po to, aby na drugim biegu­nie stało się możliwe miłosierdzie?

Znów posłużę się .Mistrzem i Małgorzatą. Dialog między Jeszuą Ha-Nocrim a Pi­łatem. Wchodzi Marek Szczurza Śmierć - okrutny, zły człowiek. Piłat wzywa go po to żeby pełnił swoją powinność, żeby wystąpił w charakterze oprawcy. A wte­dy Chrystus zwraca się do niego: „dobry człowieku". Piłat opowiada Chrystuso­wi kim jest Marek. I skąd wziął się jego przydomek. Chrystus mimo tonów po­wtarza: „dobry człowieku". „Jak to, każdy człowiek jest dobry?" - pyta zdumiony Piłat. Na to Chrystus: „tak nie ma złych ludzi, są tylko nieszczęśliwi". Gdyby Ma­rek Szczurza Śmierć sam niegdyś nie doznał okrucieństwa, nie byłby też okrut­ny wobec innych.

Tu leży sedno sprawy: ludzie doznają cierpienia, ale nie potrafią go unieść i przecierpieć. Pragną sobie w cierpieniu ulżyć, co zresztą wydaje się zrozumiałe, Są na to różne sposoby. Najbardziej dostępnym, wprost odruchowym jest ten, gdy zraniony, sam rani innych. Tak jak przerażony przeraża, tak zraniony rani. Zosta­łem uszkodzony fizycznie, psychicznie, duchowo, nie mogę udźwignąć cierpie­nia, więc chcę się go co prędzej pozbyć, przerzucając je na otoczenie. Renę Gi-rard, francuski filozof i antropolog nazywa to mechanizmem „kozła ofiarnego" W czasach kryzysu, dezintegracji czy zagrożenia, by powrócić do stanu utraco­nej równowagi, obieramy sobie ofiarę, która staje się obiektem naszej agresji. Wmawiamy sobie bowiem, że ofiara ta ponosi winę za nasze nieszczęścia. Będąc z jednej strony ofiarami, z drugiej stajemy się oprawcami. Taki jest mechanizm powstawania i narastania „inflacyjnego nawisu cierpienia", podczas przerzuca­nia go według „kolejności dziobania", może go i ubywa w skali jednostki, w ska­li zbiorowości coraz więcej się go gromadzi. Jak czarnych chmur, które w jakimś momencie muszą się skroplić- wystarczy drobny katalizator. Wtedy wpadamy w osłupienie, jak w przypadku strzelającego na chybił trafił młodego Norwega do innych młodych Norwegów...

Ale właściwie dlaczego bywamy źli, skoro możemy być dobrzy?

- Na to pytanie bardzo celnie odpowiada Konrad Lorenz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii, twórca etologii, nauki o zachowaniu zwierząt, w książce ,Takzwane zło.

Według Lorenza agresja, choć zgubna dla poszczególnych osobników, jest napę­dem ewolucji, bo przyczynia się do wyselekcjonowania osobników najbardziej wartościowych. Lorenz określają „tak zwanym złem" -jawi się ona nim tylko w oczach obserwatorów - ludzi. To oni narzucają na przyrodę znaną sobie z au­topsji „walkę na kły i pazury". Jelenie konkurujące o łaski jednej i tej samej łani nie podejmują walki, prezentują sobie nawzajem poroże, i ten, który zna, że wy­padł mniej imponująco - odchodzi ze spuszczonym łbem...Lorenz w ogóle pod­waża Darwina, zarzucając mu antropologizację przyrody. A ona, nierzadko, za­miast agresji używa kryterium estetycznego...

Machiavelli pisał, że: „Czasami trzeba jako dobro, oceniać mniejsze zło". Brehik po aresztowaniu mówił podobnie, że dokonując egzekucji, poświęca jakąś grupę, żeby inni mogli przeżyć.

- W każdym przypadku zło bierze się z cierpienia, niezależnie od tego jakich ar­gumentów używamy, by je tłumaczyć. Dlatego właśnie podjęłabym się obrony tego nieszczęsnego Norwega, który sam cierpiąc, uruchomił cała lawinę cierpień cudzych.

Jego największy błąd polegał na tym, że poświęcać -jeśli już - wolno jedynie sa­mego siebie.

Jak w ogóle można chcieć go bronić?

-Na tej samej zasadzie na jakiej Dostojewski bierze w obronę Raskolnikowa. Na tej, na której Kołakowski mocuje się z pytaniem: czy diabeł może być zbawiony. Uważam, że może. A jeśli może to Breivika można wziąć w obronę tak, jak daje­my diabłu prawo do zbawienia. Diabeł - nie zapominajmy, że to ex-anioł! --jak wielu ludzi, został odtrącony przez swojego Ojca. Wręcz — strącony w otchłań. Podobnie i my - jesteśmy źli, bo zostaliśmy zranieni, odepchnięci. Gdybyśmy nie cierpieli, nie mielibyśmy powodu zadawać bólu innym. Największy ból to ból du­szy. Każdy inny można w sobie zagłuszyć, uśmierzyć, choćby alkoholem, narko­tykami, ale nie bólu duszy. On się bierze z odrzucenia od miłości. Psychologowie wolą mówić o „kolcu psychicznym", uwierającym od środka. Pie­kło to miejsce, w którym ludzie są odtrąceni od miłości. Dobry Abel jest przy­tulany, zły Kain został odepchnięty. Jego, złożona z synowskiej miłości ofiara - wzgardzona.

Rzecz jasna, zanim podjęłabym się obrony, chciałabym zanurzyć się w dzieciń­stwo Breivika. Chciałabym sprawdzić, ile czułości, a ile bólu doświadczył od swoich rodziców. I otoczenia. Dlaczego potrzebował przefasonować swój wy­gląd, swoją twarz. I w jakim momencie jego życia pojawia się opętańcza ideolo­gia, która stanowi ujście dla jego indywidualnej agresji. Ileż musiał zaznać upo­korzeń, skoro zebrało się w nim aż tyle niszczycielskiej mocy?

Na świecie jest wielu odepchniętych, którzy jednak nie zabijają.

- Oczywiście. Gdyby wszyscy zranieni zabijali, nie byłoby już nas jako gatun­ku. Sposobem na przezwyciężenie odruchu mściwości jest odwaga wycierpienia swojej porcji przysługującego nam cierpienia - niektórych stać na heroizm, wzię­cia na siebie cierpienia cudzego. Pamięta pan książkę Trumana Capote ,2 zimną krwią!

Dwóch młodych mężczyzn w latach pięćdziesiątych bez żadnego powodu mor­duje rodzinę farmerów w małym amerykańskim miasteczku. Genialny repor­taż.

Tak. Capote pisze książkę na podstawie rozmów z jednym z morderców. Od­wiedza go w więzieniu. Rozumie go bo sam, podobnie jak ten morderca, nie zo­stał w dzieciństwie nasączony miłością i czułością. Capote to kurdupel, niezbyt urodziwy, o ile pamiętam wychowywała go jakaś mamka, a nie rodzice, poza tym homoseksualista, więc w amerykańskim społeczeństwie lat pięćdziesiątych z góry skazany na odrzucenie. Czytając dzieła Ericha Fromma, wiemy, że miłość jest najważniejsza, jako że zapewnia poczucie bezpieczeństwa, zakorzenia w by­cie, daje poczucie realności, niezbędności. Bez miłości pojawia się zawiść. Naj­straszliwsza odmiana zazdrości - nazwana przez Maxa Schellera zawiścią egzystencjalną. Nie o to, żeby mieć to co inni, ale żeby... być kimś innym, komu się powiodło. Bo człowiekowi nie wystarczy istnieć, trzeba jeszcze być zatopionym, zakorzenionym w istnieniu. O ile zazdrość jest drobną wadą, to zawiść bywa mor­derczą. Chcę być Johnem Lennonem, ale ponieważ jeden już istnieje, muszę go zabić żeby samemu być Johnem Lennonem. A bierze się to stad, że od urodzenia nikt na mnie nie patrzy, jak by powiedział Jacek Kuroń „miłosnym wzrokiem". Matka, ojciec nie patrzyli z przejęciem na mnie jak rysowałem, jak stałem na bramce w drużynie piłkarskiej, to teraz cały świat mnie zobaczy. Jestem spełniony - tak może myśleć Anders Breivik. W wielu z nas siedzi podobny potwór. Czyta­łam niedawno Piękną Bestię - rzecz o esesmance. Wyjątkowo okrutnej i wyjątko­wo pięknej. Zestawienie piękna i okrucieństwa wielu ludziom wydaje się czymś
niewiarygodnym, co innego - „odrażający, brudny i zły". Autor relacji, Niemiec, opowiada o dzieciństwie swojej antybohaterki. Ojciec jej nie chciał, wygnał ją z domu. Dziecko jest więc ojcem dorosłego. Nie odkrywamy tu zresztą żadnych nowych prawd. Już Freud nam to uświadomił. W dzieciństwie przesądza się spra­wa czy spłodzony przez dwoje ludzi trzeci człowiek zostanie przez rodziców wy­posażony na resztę życia w paliwo miłości, czy też nienawiści do świata, zwielo­krotniając ten pierwotny, Kainowy posiew zła.

No tak, ale badając DNA człowieka, nie jesteśmy w stanie wydzielić czegoś ta­kiego jak gen zła.

Jasne, że nie możemy. Jest coś innego, co o wiele więcej mówi o człowieku. To
jego oczy. Można sobie zrobić operację plastyczną, ale oczu nie zmienimy. Bre-
ivik zmienił sobie twarz, pewnie zrobiłby to samo z oczami, gdyby mógł, a przede
wszystkim, gdyby wiedział, że to one go zdradzają. Za wszelką cenę chciał być
inny... od samego siebie.. Może to dziwnie zabrzmi, ale chciał być lepszy. Czytam
właśnie książkę Andrzeja Szczekiika, lekarza, profesora i filozofa medycyny z UJ .
Książka ma tajemniczy tytuł: Korę i podtytuł O chorych, chorobach i poszukiwaniu
duszy medycyny. Korę to grecka nazwa źrenicy, a źrenica była według antycznych
Greków siedliskiem duszy. Jeśli mielibyśmy gdzieś szukać duszy czy ludzkiego
charakteru, to właśnie w źrenicy oka. Warunek - trzeba się w nią z bliska i głęboko
wpatrywać, a w tym celu moc do niego najzupełniej dosłownie zbliżyć. Sprawić, by
nam zaufał. Patrząc w jego źrenicę - widzę... siebie; on zaś widzi mnie!

Z nauką ma to niewiele wspólnego. Chyba więcej z metafizyką.

-        Według mnie, choć sama zajmuję się nauką i ją szanuję, nadzieja wiąże się ra­
czej z przemianą duchową ludzi, nie z osiągnięciami cywilizacyjnymi - wynalaz- ków, jak noża, można przecież użyć przeciwko człowiekowi - nawet nie z medy­cyną, nie z fizyką, a z duchem. Grecka idea kosmosu, wszechświata, w którym człowiek jest tylko jednym z wielu równoprawnych elementów, warta jest na­mysłu i uwagi. Żyjemy w epoce promującej bezduszność. Konsumpcjonizm jesl oparty o założenie, że ludzie nie mają duszy, tylko żołądki. Centum człowieka z głowy i z serca obniżyło się na poziom żołądka i genitaliów. Bez tego „prze-centrowania" nie byłby możliwy wyścig szczurów. Na całym świecie następuje zresztą powolny odwrót od konsumpcjonizmu, szczególnie, że, jak się okazało, nie jest on receptą na szczęśliwość świata. Świat się tak pod tym względem rozbu­chał, że z wolna dochodzi do krańców swoich możliwości. Już dwudziestowiecz­na „epifania zła", jak niektórzy filozofowie określają ludobójstwo, wydawała się tak straszna, że później już nic gorszego nie powinno się nam przydarzać. A jed­nak się przydarza. Cywilizacja, kultura wciąż rozwijają się nie po prostej wzno­szącej się, raczej po zygzaku, od ściany do ściany. Można odnieść wrażenie, że ludzkość dalej prowadzi na sobie eksperymenty z granicami, jakie wciąż dają się przekraczać i znosić. Proponowałabym zastosować jeszcze jeden eksperyment -usunięcie z naszego słownika pojęcia dobra i pojęcia zła. Oba narobiły więcej złe­go niż dobrego. Wiem, że tak mówiąc popełniam niekonsekwencję.

A co zamiast nich?

-   Właściwe przeżycie i zrozumienie cierpienia.. Jego sensu, jego walorów wy­
chowawczych, ego, że uwrażliwia na słabości i nieszczęścia innych, że jego prze­
trwanie znosi lęk przed bólem. Tak, jak to się stało z Hiobem, który po rozmowie
z Jahwe pojął, że niewinność nie musi być gwarantem szczęśliwości.

Żeby je przeżyć i lepiej zrozumieć, mamy się biczować jak w średniowieczu?

-       My już jesteśmy biczowani, przez choroby, niszcząc środowisko, w którym żyjemy, nie potrafiąc ze sobą współistnieć. Przez swoje psychiczne kolce. Wy­starczy się rozejrzeć w najbliższym otoczeniu, żeby zauważyć ludzkie cierpie­nie i jego następstwa. Opowiem panu historię ze wsi, w której mieszkam więk­szą część roku. Moja sąsiadka, pani Kociołkowa, złamała kiedyś rosnącą w moim ogródku brzozę. Zrobiła to, bo gałęzie przechodziły na jej działkę. Wcześniej bez powodu pomstowała, krzyczała, obrzucała wyzwiskami. Nie tylko mnie, także wszystkich we wsi, którzy jej weszli w drogę, a także własne psy i koty. Zaczęłam analizować życie tej kobiety. Okazało się, że to życie Hioba w kobiecym wyda­niu. Same nieszczęścia w rodzinie - tragedie, cierpienia, choroby, śmierci. Z cza­sem, kiedy karta się odwróciła i zaczęło się jej dobrze dziać, coraz to podawała mi przez płot podarunki; jajka, ogórki, wiśnie. Jak to dobrze, że udało mi się przecze­kać własny odruch złości i chęci odpłaty pięknym za nadobne...

Jednostkę można zrozumieć, gorzej z całym światem.

- Zacznijmy od jednostek. Na swój własny użytek wymyśliłam termin: homo tan-ges - człowiek dotykający. Bardzo ważne byśmy w symbolicznym, ale i fizycz­nym sensie dotykali i byli dotykani. Oczywiście - czułym dotykiem, choć od cza­su do czasu nie zawadzi, by tak czy inaczej „dostać w skórę", skóra to całkiem niezły materiał do zapisywania życiowych doświadczeń. Najlepiej uczymy się na własnych bliznach. A niekiedy wprost szczycimy się nimi. Niedawno recenzowałam pracę doktorską, pisaną na Akademii Medycznej, poświę­coną „dotykowi pielęgniarskiemu", w której autorka rozróżniała dotyk procedural­ny i nieproceduralny. Okazuje się, że wobec dziecka, tuż po jego urodzeniu stosuje się tak zwany dotyk proceduralny. Położne mają obowiązek zachowywania się jak maszyny. Szast, prast, im mniej dotyku tym lepiej. Pozaproceduralne pogłaskanie, przytulenie to „zły dotyk" i w każdej chwili można być posądzonym o skłonności pedofilskie. Wpadamy w skrajność. Dotyk został zdegradowany. Pracują tylko oczy i uszy. To, że na świecie są, bo zawsze byli, ludzie o chorych skłonnościach seksu­alnych, nie znaczy, że człowiek człowiekowi, człowiek dziecku nie powinien da­wać ciepła dotykiem, przytulaniem, pieszczotą. Co zrobił Bóg - ulepił nas swoimi rękoma, nosimy na sobie jego boski dotyk - czy Boga mamy podejrzewać o mole­stowanie? Chrystus też bez przerwy kogoś głaskał, przytulał, także dzieci - czy był pedofilem? Społeczność skandynawska jest w tym odchodzeniu od dotyku, od fi­zycznej bliskości, najbardziej pryncypialna. Norwegowie, ale i Szwedzi, najchętniej oddaliby dzieci do ochronki, a sami w koniecznych przypadkach dotykali je w gu­mowych rękawiczkach. Prawdopodobnie przypadek Breivika ma związek z cha­rakterystyką całego społeczeństwa norweskiego, bardzo zamożnego, ale wyzbytego uczuć, a przede wszystkim stroniącego od bezpośredniej bliskości z dzieckiem. Do­tyk może mieć także znaczenie symboliczne. Choćby wtedy gdy dotykają się nasze oczy. Miłość zaczyna się przecież od takiego głębokiego, przeciągłego spojrzenia. Posiada ono tajemniczą, magiczną, boską wprost moc.

Dlatego tak ważne są bezpośrednie rozmowy ludzi, a nie te prowadzone na sky-pie w internecie. Kłamstwa i oszustwa są tam możliwe, bo nie ma szans poprosić; powtórz mi to, patrząc prosto w oczy.

Słuchałem relacji jednego z ocalonych na wyspie Utoya, zresztą Polaka z po­chodzenia. Opowiadał, że błagając o litość, patrzył mordercy w oczy i Breivik go oszczędził.

Inaczej strzela się do tłumu niż do pojedynczego człowieka. Celem jest wtedy
nieokreślona, anonimowa masa, a nie ten oto człowiek. Skazańcom zawiązuje się
oczy, po to, by kat nie nawiązał wzrokowego kontaktu z ofiarą. Prawdopodob­
nie, gdyby Breivik musiał dokonywać po kolei egzekucji każdego człowieka, nie
zrobiłby tego. A na pewno by się wahał. Emmanuel Levinas, słynny filozof, Żyd
z Kowna, też ocalony, tyle że z Holokaustu, za podstawowe doświadczenie meta­
fizyczne uznał właśnie spotkanie twarzą w twarz z innym człowiekiem. - Obco­
wanie twarzą w twarz zbliża do Boga - mówi Levinas, który strawił życie na po­
szukiwaniu odpowiedzi, co trzeba zrobić, żeby ludzie przestali się zabijać. Jego
rozwiązanie brzmi: od momentu, gdy nastąpi takie spotkanie twarzą w twarz, oko
w oko, czyli gdy dusze spojrzą przez źrenice na siebie, przykazanie „nie zabijaj"
staje się zbędne.

Według mnie perspektywa, z jakiej patrzymy na świat, jest zbyt krótka, byśmy kiedykolwiek znaleźli ostateczną odpowiedź na pytanie unde maluml — skąd zło? Mnie zresztą o wiele bardziej interesuje pytanie unde bionum - skąd dobro? Być może jest tak, że dzisiejsze zło może kiedyś przemienić się w dobro. Sam fakt na­szej rozmowy jest tego przykładem. Bez tej okropnej tragedii, obejmującej rów­nież jej sprawcę, nie zastanawialibyśmy się nad sprawami fundamentalnymi, pę­dzący za codziennymi błahostkami.

A jeśli Boga nie ma i wcale nie pochodzi Pani od Kaina, tylko od jakiegoś pierwotniaka, na przykład od pantofelka?

Bardzo mi to pochlebia. Kocham wszelkie stworzenie (oprócz komarów). Mogę
pochodzić nawet od pantofelka na wysokim obcasie. Tylko że wtedy zło też brało­
by się od pierwotniaka i podobnie jak dobro wcale nie byłoby nam dane od Boga.
Za Arystotelesem skłonna jestem uznać, że Byt jest Dobrem. Skądkolwiek by się
wywodził, lepiej, że jest Byt aniżeli Niebyt. Dobrem jest samo Istnienie. Również
takich istot, jak nasz wspólny „podsądny". Nawiązując do Kainowego wątku: Pa
miętajmy, że Jahwe zabronił zabijać zabójcę, pewnie dlatego, żeby zaraza się nie
roznosiła. Owszem, wypalił mu na czole piętno. Dlaczego akurat na czole? Pew­nie dlatego, abyśmy - patrząc na bratobójcę — p o m y ś l e l i, jak ciężko żyje się
z poczuciem winy i wstydu. I użalili się nad nim. Wszak, jak Hiob, i Kain jest na­szym bratem. Obciążonym złą sławą, ale żywym. I, dopóki wciąż żyje, mogącym
zadośćuczynić krzywdom i cierpieniom, jakie sprawił. Sama bardzo chciałabym
móc mu spojrzeć w oczy z bliska. Z nadzieją, że tli się w nich choćby najmniej­sze światełko.