Wywiad Drukuj Email

Czy istnieje w dziejach post?p z?a?

Wywiad Dariusza Wilczka z Jadwig? Mizi?sk?

Newsweek: Co pani my?la?a, ?ledz?c relacje z Norwegii, z tego mordowania ludzi na oczach ca?ego ?wiata? ?e pojawi? si? jaki? nowy rodzaj ludzkiego z?a.

przed ktrym nie jeste?my si? w stanie obroni??

t

Prof. Jadwiga Mizi?sk?: - Nie. Patrzy?am na to jak na now? ods?on? znanego dramatu. Z?o jest niezmiennie takie samo, poczynaj?c od grzechu pierworodnego, od z?amania zakazu boskiego - pierwszego aktu tragedii. Drugi jej akt to bra-tobjstwo w rodzinie. Kain zabija Abla. Wystarczy?o dwch braci, ?eby o jednego by?o za wiele. Ginie niewinny Abel, prze?ywa bratobjca, morderca - od niego wszyscy pochodzimy. Nosz?c z?o w spu?ci?nie zarwno po rajskich praro-dzicach, jak i ju? po ziemskim przodku, jeste?my, jak mwi wieszcz plemieniem Kainowym". Nie ma wiec ?adnego nowego z?a. Ono jest tak stare, jak ca?a ludzka rodzina,.

Stare jak Bg?

- Tak. Bg udziela z?a cz?owiekowi. Teolog powiedzia?by, ?e Bg jest pe?ni?. Niesie w sobie dobro i z?o, mi?o?? i nienawi??, okrucie?stwo i mi?osierdzie. Tworz?c cz?owieka na swoje podobie?stwo, przekazuje mu te? wszystkie te atrybuty. Ka?dy na w?asn? r?k? i osobist? odpowiedzialno?? musi zadba? o ich skomponowanie w sobie.

Chrze?cijanie chc? widzie? jedynie dobrego Boga.

Czyni? tak z lenistwa umys?owego i zami?owania do jednoznaczno?ci, a to oznacza uproszczenie i prymitywizacj?. Dla w?asnej wygody tworz? sobie westernowy obraz ?wiata, takiego, jaki w gruncie rzeczy nie istnieje. Mimo to trudno jest si? im pogodzi? z czarnymi charakterami", takimi jak Brevik, ktrzy byli, s? i b?d?. Zreszt? na ich tle sami sobie wydaj? si? bardziej anielscy, co ich uprawnia do bezwzgl?dnego pot?pienia bez zastanowienia si? nad tym, co ich sk?ania ku bratobjstwu.

To znaczy, ?e musimy zaakceptowa? z?o?

- Akceptowa? - to niedobre okre?lenie, raczej - przyjmowa? je do wiadomo?ci, zdawa? sobie spraw? z jego istnienia i nieuchronno?ci. Gdyby?my chcieli zniszczy? z?o, musieliby?my od nowa stworzy? ?wiat, a przecie? nie mamy takiej mocy. Z?o b?dzie istnia?o zawsze. Niezale?nie od tego jak bardzo b?dziemy je wypiera? z naszego ?ycia. Ale ?eby pana uspokoi?. Przypomn? s?owa Goethego b?d?ce mottem do .Mistrza i Ma?gorzaty Bu?hakowa. Szatan mwi o sobie: Jam cz?stk? tej si?y, ktra wiecznie chc?c sprawia? z?o, wieczne czyni dobro". Bo substancja z?a i dobra jest taka sama - to nasze uczynki. Konsekwencje z?ych" po latach mog? si? okaza? zbawienne, a jak mwi przys?owie: Dobrymi intencjami wybrukowane jest piek?o".

Trywializuj?c nieco gdyby odci?? z?o od dobra nie by?oby ani nas, ani te? bohaterw klasycznych powie?ci: Kmicica, ksi?dza Robaka, Lorda Jima, Rodiona Raskolnikowa i wielu, wielu innych. Co by?my zrobili z nasz? kultur?, ktra nie istnieje bez dualizmu, a w zwi?zku z tym - i dramatyzmu zmagania si? si? dobra i mocy z?a? Ich zmaganie si? w nieustannym boju nadaje naszej egzystencji dynamik?, pozwala opowiada? si? po ktrej? ze stron i stara? si? dochowa? wierno?ci swojemu wyborowi. Bo i na ?wi?tych - zw?aszcza na nich czyhaj? pokusy.

A co to w ogle jest z?o i dobro?

- To pytanie z rz?du przekl?tych problemw", od tysi?cleci nie zdo?a?a ich rozwi?za? ani filozofia, ani etyka, ani teologia. Ale na codzienny u?ytek mo?na si? pos?u?y? okre?leniem Barbary Skargi. Przed trzydziestu laty dosta?am j? w prezencie podczas jej wyk?adu w Lublinie. Na pytanie o z?o, pani profesor odpowiedzia?a, a ja powtarzam za ni? z wdzi?czno?ci?, ?e z?o to cierpienie na twarzy drugiego cz?owieka. Zatem kryterium dobra stanowi?by u?miech ulgi, je?li nie rado?ci, najlepiej wywo?any przeze mnie. Tak wi?c, zamiast debatowa? nad dobrem i z?em albo szuka? po encyklopediach definicji, powinni?my bacznie wpatrywa? si? w Twarz Drugiego, w Twarz Innego. Tak jak to zreszt? robi? kochaj?ce matki w stosunku do niemowl?t.

Kreacjonista mo?e mwi? o boskim pochodzeniu z?a. Ewolucjonista mg?by powiedzie?, ?e z?o pojawi?o si? jakie? 150-200 tysi?cy ?at temu razem z gatunkiem homo sapiens. Zwierz?ta zabija?y, ?eby prze?y?. Cz?owiek wcale nie musi zabija?, by ?y?, a mimo wszystko zabija.

- Zgoda. Przyrod? nale?a?oby wy??czy? spod ocen moralnych, z?a czy okrucie?stwa, czy Z jednym wyj?tkiem, ktry trapi? kiedy? w rwnym stopniu Leszka Ko?akowskiego co Wis?aw? Szymborsk?. Oboje zastanawiaj? si? a do??cza do nich jeszcze Czes?aw Mi?osz, co pocz?? z kotem, ktry przed uduszeniem - bawi si? z mysz?. Wszyscy troje widz? w tym przejaw okrucie?stwa, czyli zadawania nadmiarowego cierpienia. Wszelako niewiele wiemy o psychice zwierz?cej, koty nam si? nie zwierzaj?, ?acno przypisujemy im nasze ludzkie cechy. Tak czy inaczej, niezale?nie od tego, czy przyjmujemy teori? stworzenia ?wiata przez Boga czy te? teori? ewolucji gatunkw, z?o, wraz z jego n?jstraszniejsz? odmian? okrucie?stwa wpisane jest w rzeczywisto??. Nie da si? go usun??, bo wtedy rozpad?aby si? struktura bytu. Mo?e potrzebne jest po to, aby na drugim biegunie sta?o si? mo?liwe mi?osierdzie?

Znw pos?u?? si? .Mistrzem i Ma?gorzat?. Dialog mi?dzy Jeszu? Ha-Nocrim a Pi?atem. Wchodzi Marek Szczurza ?mier? - okrutny, z?y cz?owiek. Pi?at wzywa go po to ?eby pe?ni? swoj? powinno??, ?eby wyst?pi? w charakterze oprawcy. A wtedy Chrystus zwraca si? do niego: dobry cz?owieku". Pi?at opowiada Chrystusowi kim jest Marek. I sk?d wzi?? si? jego przydomek. Chrystus mimo tonw powtarza: dobry cz?owieku". Jak to, ka?dy cz?owiek jest dobry?" - pyta zdumiony Pi?at. Na to Chrystus: tak nie ma z?ych ludzi, s? tylko nieszcz??liwi". Gdyby Marek Szczurza ?mier? sam niegdy? nie dozna? okrucie?stwa, nie by?by te? okrutny wobec innych.

Tu le?y sedno sprawy: ludzie doznaj? cierpienia, ale nie potrafi? go unie?? i przecierpie?. Pragn? sobie w cierpieniu ul?y?, co zreszt? wydaje si? zrozumia?e, S? na to r?ne sposoby. Najbardziej dost?pnym, wprost odruchowym jest ten, gdy zraniony, sam rani innych. Tak jak przera?ony przera?a, tak zraniony rani. Zosta?em uszkodzony fizycznie, psychicznie, duchowo, nie mog? ud?wign?? cierpienia, wi?c chc? si? go co pr?dzej pozby?, przerzucaj?c je na otoczenie. Ren? Gi-rard, francuski filozof i antropolog nazywa to mechanizmem koz?a ofiarnego" W czasach kryzysu, dezintegracji czy zagro?enia, by powrci? do stanu utraconej rwnowagi, obieramy sobie ofiar?, ktra staje si? obiektem naszej agresji. Wmawiamy sobie bowiem, ?e ofiara ta ponosi win? za nasze nieszcz??cia. B?d?c z jednej strony ofiarami, z drugiej stajemy si? oprawcami. Taki jest mechanizm powstawania i narastania inflacyjnego nawisu cierpienia", podczas przerzucania go wed?ug kolejno?ci dziobania", mo?e go i ubywa w skali jednostki, w skali zbiorowo?ci coraz wi?cej si? go gromadzi. Jak czarnych chmur, ktre w jakim? momencie musz? si? skropli?- wystarczy drobny katalizator. Wtedy wpadamy w os?upienie, jak w przypadku strzelaj?cego na chybi? trafi? m?odego Norwega do innych m?odych Norwegw...

Ale w?a?ciwie dlaczego bywamy ?li, skoro mo?emy by? dobrzy?

- Na to pytanie bardzo celnie odpowiada Konrad Lorenz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii, twrca etologii, nauki o zachowaniu zwierz?t, w ksi??ce ,Takzwane z?o.

Wed?ug Lorenza agresja, cho? zgubna dla poszczeglnych osobnikw, jest nap?dem ewolucji, bo przyczynia si? do wyselekcjonowania osobnikw najbardziej warto?ciowych. Lorenz okre?laj? tak zwanym z?em" -jawi si? ona nim tylko w oczach obserwatorw - ludzi. To oni narzucaj? na przyrod? znan? sobie z autopsji walk? na k?y i pazury". Jelenie konkuruj?ce o ?aski jednej i tej samej ?ani nie podejmuj? walki, prezentuj? sobie nawzajem poro?e, i ten, ktry zna, ?e wypad? mniej imponuj?co - odchodzi ze spuszczonym ?bem...Lorenz w ogle podwa?a Darwina, zarzucaj?c mu antropologizacj? przyrody. A ona, nierzadko, zamiast agresji u?ywa kryterium estetycznego...

Machiavelli pisa?, ?e: Czasami trzeba jako dobro, ocenia? mniejsze z?o". Brehik po aresztowaniu mwi? podobnie, ?e dokonuj?c egzekucji, po?wi?ca jak?? grup?, ?eby inni mogli prze?y?.

- W ka?dym przypadku z?o bierze si? z cierpienia, niezale?nie od tego jakich argumentw u?ywamy, by je t?umaczy?. Dlatego w?a?nie podj??abym si? obrony tego nieszcz?snego Norwega, ktry sam cierpi?c, uruchomi? ca?a lawin? cierpie? cudzych.

Jego najwi?kszy b??d polega? na tym, ?e po?wi?ca? -je?li ju? - wolno jedynie samego siebie.

Jak w ogle mo?na chcie? go broni??

-Na tej samej zasadzie na jakiej Dostojewski bierze w obron? Raskolnikowa. Na tej, na ktrej Ko?akowski mocuje si? z pytaniem: czy diabe? mo?e by? zbawiony. Uwa?am, ?e mo?e. A je?li mo?e to Breivika mo?na wzi?? w obron? tak, jak dajemy diab?u prawo do zbawienia. Diabe? - nie zapominajmy, ?e to ex-anio?! --jak wielu ludzi, zosta? odtr?cony przez swojego Ojca. Wr?cz str?cony w otch?a?. Podobnie i my - jeste?my ?li, bo zostali?my zranieni, odepchni?ci. Gdyby?my nie cierpieli, nie mieliby?my powodu zadawa? blu innym. Najwi?kszy bl to bl duszy. Ka?dy inny mo?na w sobie zag?uszy?, u?mierzy?, cho?by alkoholem, narkotykami, ale nie blu duszy. On si? bierze z odrzucenia od mi?o?ci. Psychologowie wol? mwi? o kolcu psychicznym", uwieraj?cym od ?rodka. Piek?o to miejsce, w ktrym ludzie s? odtr?ceni od mi?o?ci. Dobry Abel jest przytulany, z?y Kain zosta? odepchni?ty. Jego, z?o?ona z synowskiej mi?o?ci ofiara - wzgardzona.

Rzecz jasna, zanim podj??abym si? obrony, chcia?abym zanurzy? si? w dzieci?stwo Breivika. Chcia?abym sprawdzi?, ile czu?o?ci, a ile blu do?wiadczy? od swoich rodzicw. I otoczenia. Dlaczego potrzebowa? przefasonowa? swj wygl?d, swoj? twarz. I w jakim momencie jego ?ycia pojawia si? op?ta?cza ideologia, ktra stanowi uj?cie dla jego indywidualnej agresji. Ile? musia? zazna? upokorze?, skoro zebra?o si? w nim a? tyle niszczycielskiej mocy?

Na ?wiecie jest wielu odepchni?tych, ktrzy jednak nie zabijaj?.

- Oczywi?cie. Gdyby wszyscy zranieni zabijali, nie by?oby ju? nas jako gatunku. Sposobem na przezwyci??enie odruchu m?ciwo?ci jest odwaga wycierpienia swojej porcji przys?uguj?cego nam cierpienia - niektrych sta? na heroizm, wzi?cia na siebie cierpienia cudzego. Pami?ta pan ksi??k? Trumana Capote ,2 zimn? krwi?!

Dwch m?odych m??czyzn w latach pi??dziesi?tych bez ?adnego powodu morduje rodzin? farmerw w ma?ym ameryka?skim miasteczku. Genialny reporta?.

Tak. Capote pisze ksi??k? na podstawie rozmw z jednym z mordercw. Odwiedza go w wi?zieniu. Rozumie go bo sam, podobnie jak ten morderca, nie zosta? w dzieci?stwie nas?czony mi?o?ci? i czu?o?ci?. Capote to kurdupel, niezbyt urodziwy, o ile pami?tam wychowywa?a go jaka? mamka, a nie rodzice, poza tym homoseksualista, wi?c w ameryka?skim spo?ecze?stwie lat pi??dziesi?tych z gry skazany na odrzucenie. Czytaj?c dzie?a Ericha Fromma, wiemy, ?e mi?o?? jest najwa?niejsza, jako ?e zapewnia poczucie bezpiecze?stwa, zakorzenia w bycie, daje poczucie realno?ci, niezb?dno?ci. Bez mi?o?ci pojawia si? zawi??. Najstraszliwsza odmiana zazdro?ci - nazwana przez Maxa Schellera zawi?ci? egzystencjaln?. Nie o to, ?eby mie? to co inni, ale ?eby... by? kim? innym, komu si? powiod?o. Bo cz?owiekowi nie wystarczy istnie?, trzeba jeszcze by? zatopionym, zakorzenionym w istnieniu. O ile zazdro?? jest drobn? wad?, to zawi?? bywa mordercz?. Chc? by? Johnem Lennonem, ale poniewa? jeden ju? istnieje, musz? go zabi? ?eby samemu by? Johnem Lennonem. A bierze si? to stad, ?e od urodzenia nikt na mnie nie patrzy, jak by powiedzia? Jacek Kuro? mi?osnym wzrokiem". Matka, ojciec nie patrzyli z przej?ciem na mnie jak rysowa?em, jak sta?em na bramce w dru?ynie pi?karskiej, to teraz ca?y ?wiat mnie zobaczy. Jestem spe?niony - tak mo?e my?le? Anders Breivik. W wielu z nas siedzi podobny potwr. Czyta?am niedawno Pi?kn? Besti? - rzecz o esesmance. Wyj?tkowo okrutnej i wyj?tkowo pi?knej. Zestawienie pi?kna i okrucie?stwa wielu ludziom wydaje si? czym?
niewiarygodnym, co innego - odra?aj?cy, brudny i z?y". Autor relacji, Niemiec, opowiada o dzieci?stwie swojej antybohaterki. Ojciec jej nie chcia?, wygna? j? z domu. Dziecko jest wi?c ojcem doros?ego. Nie odkrywamy tu zreszt? ?adnych nowych prawd. Ju? Freud nam to u?wiadomi?. W dzieci?stwie przes?dza si? sprawa czy sp?odzony przez dwoje ludzi trzeci cz?owiek zostanie przez rodzicw wyposa?ony na reszt? ?ycia w paliwo mi?o?ci, czy te? nienawi?ci do ?wiata, zwielokrotniaj?c ten pierwotny, Kainowy posiew z?a.

No tak, ale badaj?c DNA cz?owieka, nie jeste?my w stanie wydzieli? czego? takiego jak gen z?a.

Jasne, ?e nie mo?emy. Jest co? innego, co o wiele wi?cej mwi o cz?owieku. To
jego oczy. Mo?na sobie zrobi? operacj? plastyczn?, ale oczu nie zmienimy. Bre-
ivik zmieni? sobie twarz, pewnie zrobi?by to samo z oczami, gdyby mg?, a przede
wszystkim, gdyby wiedzia?, ?e to one go zdradzaj?. Za wszelk? cen? chcia? by?
inny... od samego siebie.. Mo?e to dziwnie zabrzmi, ale chcia? by? lepszy. Czytam
w?a?nie ksi??k? Andrzeja Szczekiika, lekarza, profesora i filozofa medycyny z UJ .
Ksi??ka ma tajemniczy tytu?: Kor? i podtytu? O chorych, chorobach i poszukiwaniu
duszy medycyny. Kor? to grecka nazwa ?renicy, a ?renica by?a wed?ug antycznych
Grekw siedliskiem duszy. Je?li mieliby?my gdzie? szuka? duszy czy ludzkiego
charakteru, to w?a?nie w ?renicy oka. Warunek - trzeba si? w ni? z bliska i g??boko
wpatrywa?, a w tym celu moc do niego najzupe?niej dos?ownie zbli?y?. Sprawi?, by
nam zaufa?. Patrz?c w jego ?renic? - widz?... siebie; on za? widzi mnie!

Z nauk? ma to niewiele wsplnego. Chyba wi?cej z metafizyk?.

-        Wed?ug mnie, cho? sama zajmuj? si? nauk? i j? szanuj?, nadzieja wi??e si? ra
czej z przemian? duchow? ludzi, nie z osi?gni?ciami cywilizacyjnymi - wynalaz- kw, jak no?a, mo?na przecie? u?y? przeciwko cz?owiekowi - nawet nie z medycyn?, nie z fizyk?, a z duchem. Grecka idea kosmosu, wszech?wiata, w ktrym cz?owiek jest tylko jednym z wielu rwnoprawnych elementw, warta jest namys?u i uwagi. ?yjemy w epoce promuj?cej bezduszno??. Konsumpcjonizm jesl oparty o za?o?enie, ?e ludzie nie maj? duszy, tylko ?o??dki. Centum cz?owieka z g?owy i z serca obni?y?o si? na poziom ?o??dka i genitaliw. Bez tego prze-centrowania" nie by?by mo?liwy wy?cig szczurw. Na ca?ym ?wiecie nast?puje zreszt? powolny odwrt od konsumpcjonizmu, szczeglnie, ?e, jak si? okaza?o, nie jest on recept? na szcz??liwo?? ?wiata. ?wiat si? tak pod tym wzgl?dem rozbucha?, ?e z wolna dochodzi do kra?cw swoich mo?liwo?ci. Ju? dwudziestowieczna epifania z?a", jak niektrzy filozofowie okre?laj? ludobjstwo, wydawa?a si? tak straszna, ?e p?niej ju? nic gorszego nie powinno si? nam przydarza?. A jednak si? przydarza. Cywilizacja, kultura wci?? rozwijaj? si? nie po prostej wznosz?cej si?, raczej po zygzaku, od ?ciany do ?ciany. Mo?na odnie?? wra?enie, ?e ludzko?? dalej prowadzi na sobie eksperymenty z granicami, jakie wci?? daj? si? przekracza? i znosi?. Proponowa?abym zastosowa? jeszcze jeden eksperyment -usuni?cie z naszego s?ownika poj?cia dobra i poj?cia z?a. Oba narobi?y wi?cej z?ego ni? dobrego. Wiem, ?e tak mwi?c pope?niam niekonsekwencj?.

A co zamiast nich?

-   W?a?ciwe prze?ycie i zrozumienie cierpienia.. Jego sensu, jego walorw wy
chowawczych, ego, ?e uwra?liwia na s?abo?ci i nieszcz??cia innych, ?e jego prze
trwanie znosi l?k przed blem. Tak, jak to si? sta?o z Hiobem, ktry po rozmowie
z Jahwe poj??, ?e niewinno?? nie musi by? gwarantem szcz??liwo?ci.

?eby je prze?y? i lepiej zrozumie?, mamy si? biczowa? jak w ?redniowieczu?

-       My ju? jeste?my biczowani, przez choroby, niszcz?c ?rodowisko, w ktrym ?yjemy, nie potrafi?c ze sob? wsp?istnie?. Przez swoje psychiczne kolce. Wystarczy si? rozejrze? w najbli?szym otoczeniu, ?eby zauwa?y? ludzkie cierpienie i jego nast?pstwa. Opowiem panu histori? ze wsi, w ktrej mieszkam wi?ksz? cz??? roku. Moja s?siadka, pani Kocio?kowa, z?ama?a kiedy? rosn?c? w moim ogrdku brzoz?. Zrobi?a to, bo ga??zie przechodzi?y na jej dzia?k?. Wcze?niej bez powodu pomstowa?a, krzycza?a, obrzuca?a wyzwiskami. Nie tylko mnie, tak?e wszystkich we wsi, ktrzy jej weszli w drog?, a tak?e w?asne psy i koty. Zacz??am analizowa? ?ycie tej kobiety. Okaza?o si?, ?e to ?ycie Hioba w kobiecym wydaniu. Same nieszcz??cia w rodzinie - tragedie, cierpienia, choroby, ?mierci. Z czasem, kiedy karta si? odwrci?a i zacz??o si? jej dobrze dzia?, coraz to podawa?a mi przez p?ot podarunki; jajka, ogrki, wi?nie. Jak to dobrze, ?e uda?o mi si? przeczeka? w?asny odruch z?o?ci i ch?ci odp?aty pi?knym za nadobne...

Jednostk? mo?na zrozumie?, gorzej z ca?ym ?wiatem.

- Zacznijmy od jednostek. Na swj w?asny u?ytek wymy?li?am termin: homo tan-ges - cz?owiek dotykaj?cy. Bardzo wa?ne by?my w symbolicznym, ale i fizycznym sensie dotykali i byli dotykani. Oczywi?cie - czu?ym dotykiem, cho? od czasu do czasu nie zawadzi, by tak czy inaczej dosta? w skr?", skra to ca?kiem niez?y materia? do zapisywania ?yciowych do?wiadcze?. Najlepiej uczymy si? na w?asnych bliznach. A niekiedy wprost szczycimy si? nimi. Niedawno recenzowa?am prac? doktorsk?, pisan? na Akademii Medycznej, po?wi?con? dotykowi piel?gniarskiemu", w ktrej autorka rozr?nia?a dotyk proceduralny i nieproceduralny. Okazuje si?, ?e wobec dziecka, tu? po jego urodzeniu stosuje si? tak zwany dotyk proceduralny. Po?o?ne maj? obowi?zek zachowywania si? jak maszyny. Szast, prast, im mniej dotyku tym lepiej. Pozaproceduralne pog?askanie, przytulenie to z?y dotyk" i w ka?dej chwili mo?na by? pos?dzonym o sk?onno?ci pedofilskie. Wpadamy w skrajno??. Dotyk zosta? zdegradowany. Pracuj? tylko oczy i uszy. To, ?e na ?wiecie s?, bo zawsze byli, ludzie o chorych sk?onno?ciach seksualnych, nie znaczy, ?e cz?owiek cz?owiekowi, cz?owiek dziecku nie powinien dawa? ciep?a dotykiem, przytulaniem, pieszczot?. Co zrobi? Bg - ulepi? nas swoimi r?koma, nosimy na sobie jego boski dotyk - czy Boga mamy podejrzewa? o molestowanie? Chrystus te? bez przerwy kogo? g?aska?, przytula?, tak?e dzieci - czy by? pedofilem? Spo?eczno?? skandynawska jest w tym odchodzeniu od dotyku, od fizycznej blisko?ci, najbardziej pryncypialna. Norwegowie, ale i Szwedzi, najch?tniej oddaliby dzieci do ochronki, a sami w koniecznych przypadkach dotykali je w gumowych r?kawiczkach. Prawdopodobnie przypadek Breivika ma zwi?zek z charakterystyk? ca?ego spo?ecze?stwa norweskiego, bardzo zamo?nego, ale wyzbytego uczu?, a przede wszystkim stroni?cego od bezpo?redniej blisko?ci z dzieckiem. Dotyk mo?e mie? tak?e znaczenie symboliczne. Cho?by wtedy gdy dotykaj? si? nasze oczy. Mi?o?? zaczyna si? przecie? od takiego g??bokiego, przeci?g?ego spojrzenia. Posiada ono tajemnicz?, magiczn?, bosk? wprost moc.

Dlatego tak wa?ne s? bezpo?rednie rozmowy ludzi, a nie te prowadzone na sky-pie w internecie. K?amstwa i oszustwa s? tam mo?liwe, bo nie ma szans poprosi?; powtrz mi to, patrz?c prosto w oczy.

S?ucha?em relacji jednego z ocalonych na wyspie Utoya, zreszt? Polaka z pochodzenia. Opowiada?, ?e b?agaj?c o lito??, patrzy? mordercy w oczy i Breivik go oszcz?dzi?.

Inaczej strzela si? do t?umu ni? do pojedynczego cz?owieka. Celem jest wtedy
nieokre?lona, anonimowa masa, a nie ten oto cz?owiek. Skaza?com zawi?zuje si?
oczy, po to, by kat nie nawi?za? wzrokowego kontaktu z ofiar?. Prawdopodob
nie, gdyby Breivik musia? dokonywa? po kolei egzekucji ka?dego cz?owieka, nie
zrobi?by tego. A na pewno by si? waha?. Emmanuel Levinas, s?ynny filozof, ?yd
z Kowna, te? ocalony, tyle ?e z Holokaustu, za podstawowe do?wiadczenie meta
fizyczne uzna? w?a?nie spotkanie twarz? w twarz z innym cz?owiekiem. - Obco
wanie twarz? w twarz zbli?a do Boga - mwi Levinas, ktry strawi? ?ycie na po
szukiwaniu odpowiedzi, co trzeba zrobi?, ?eby ludzie przestali si? zabija?. Jego
rozwi?zanie brzmi: od momentu, gdy nast?pi takie spotkanie twarz? w twarz, oko
w oko, czyli gdy dusze spojrz? przez ?renice na siebie, przykazanie nie zabijaj"
staje si? zb?dne.

Wed?ug mnie perspektywa, z jakiej patrzymy na ?wiat, jest zbyt krtka, by?my kiedykolwiek znale?li ostateczn? odpowied? na pytanie unde maluml sk?d z?o? Mnie zreszt? o wiele bardziej interesuje pytanie unde bionum - sk?d dobro? By? mo?e jest tak, ?e dzisiejsze z?o mo?e kiedy? przemieni? si? w dobro. Sam fakt naszej rozmowy jest tego przyk?adem. Bez tej okropnej tragedii, obejmuj?cej rwnie? jej sprawc?, nie zastanawialiby?my si? nad sprawami fundamentalnymi, p?dz?cy za codziennymi b?ahostkami.

A je?li Boga nie ma i wcale nie pochodzi Pani od Kaina, tylko od jakiego? pierwotniaka, na przyk?ad od pantofelka?

Bardzo mi to pochlebia. Kocham wszelkie stworzenie (oprcz komarw). Mog?
pochodzi? nawet od pantofelka na wysokim obcasie. Tylko ?e wtedy z?o te? bra?o
by si? od pierwotniaka i podobnie jak dobro wcale nie by?oby nam dane od Boga.
Za Arystotelesem sk?onna jestem uzna?, ?e Byt jest Dobrem. Sk?dkolwiek by si?
wywodzi?, lepiej, ?e jest Byt ani?eli Niebyt. Dobrem jest samo Istnienie. Rwnie?
takich istot, jak nasz wsplny pods?dny". Nawi?zuj?c do Kainowego w?tku: Pa
mi?tajmy, ?e Jahwe zabroni? zabija? zabjc?, pewnie dlatego, ?eby zaraza si? nie
roznosi?a. Owszem, wypali? mu na czole pi?tno. Dlaczego akurat na czole? Pewnie dlatego, aby?my - patrz?c na bratobjc? p o m y ? l e l i, jak ci??ko ?yje si?
z poczuciem winy i wstydu. I u?alili si? nad nim. Wszak, jak Hiob, i Kain jest naszym bratem. Obci??onym z?? s?aw?, ale ?ywym. I, dopki wci?? ?yje, mog?cym
zado??uczyni? krzywdom i cierpieniom, jakie sprawi?. Sama bardzo chcia?abym
mc mu spojrze? w oczy z bliska. Z nadziej?, ?e tli si? w nich cho?by najmniejsze ?wiate?ko.