Chrystus Nauczyciel JM Drukuj Email

 

                      Chrystus – Nauczyciel

 

                    

                               „Effata – to znaczy: Otwórz się”

                                                                   Mk. 7, 34

 

 

                                              1 .

      

       „ I spojrzał w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effata, to znaczy: Otwórz się!

         I otworzyły się uszy jego, i zaraz rozwiązały się więzy języka jego, i mówił poprawnie.

         I przykazał im, aby nikomu o tym nie mówili, ale im więcej im przykazywał, tym więcej oni to rozgłaszali.

         I niezmiernie się zdumiewali, mówiąc: Dobrze wszystko uczynił, bo s prawia, że głusi słyszą i niemi mówią.” ( Mk. 7, 34- 37).

     Opis uzdrowienia głuchoniemego dany w Ewangelii św. Marka , na zasadzie pars pro toto zawiera w sobie podstawowe momenty paidei Chrystusa. Sądzę, że rozważanie działalności Chrystusa w kategoriach peidei i pedagogiki jest w pełni uprawnione i uzasadnione.

  

Nikogo wszak nie dziwi tytuł Nauczyciela i Mistrza, którym nazywają Go bezpośredni uczniowie, przyszli Apostołowie. Podobnie naturalne wydaje się używanie wobec nich określenia „uczniowie” właśnie.

„Nauczyciel”, „mistrz”, „uczniowie” – to terminy zaczerpnięte z języka pedagogiki, teorii i praktyki wychowania i nauczania . Ich obecność w Piśmie Świętym dowodzi, iż działalność Chrystusa była przez jemu współczesnych postrzegana i ujmowana przede wszystkim w kategoriach paidei, praktyki edukacyjnej. Wszystko inne przyszło potem, po zakończeniu jej wraz z ziemskim życiem Chrystusa. Po tragedii Ukrzyżowania i cudzie Zmartwychwstania. Dopiero wówczas na pierwszy plan wysunął się religijny aspekt, eschatologiczny wymiar Chrystusowych nauk, Jego odkupicielska misja jako Mesjasza, Zbawiciela.

Nie ma jednak żadnych przeszkód ani zakazów, aby i dzisiaj móc przyjrzeć się jego postępowaniu jako pewnemu programowi wychowania oraz modelowi oddziaływań edukacyjnych .Co więcej, taka potrzeba staje się nagląca zarówno wobec kryzysu, czy wprost katastrofy pedagogicznej , jak też, i zwłaszcza, wobec nieznanego wcześniej fenomenu „przedwczesnego wypalania zawodowego” wielu współczesnych nauczycieli. Generalnie – w związku z upadkiem wszelkich autorytetów, których dawniej nauczyciele byli i krzewicielami, i dla swych wychowanków – pierwszymi , po rodzicach, wzorcami.

       Chrystus,( podobnie jak jeszcze kilka postaci z panteonu Mistrzów: takich jak choćby Sokrates czy Budda), pozostaje ideałem, którego nie ima się czas. Nawet taki jak nasz, który sam siebie uznaje za bezwartościowy, zapytując słowami Holderlina rozsławionymi przez Heideggera : „cóż po poecie, ( artyście, filozofie) w czasie marnym”. Do tej listy istot zbędnych dodać należałoby jeszcze- pedagoga. Pod tym dramatycznym pytaniem „cóż po nich wszystkich”, kryje się niewiara w to, czy w epoce, która nie jest bynajmniej ani „złota” , ani „srebrna”, ani nawet „brązowa”, a co najwyżej „żelazna”, i już mocno skorodowana, istnieje jeszcze jakikolwiek odzew na to, co tyczy się sfery ducha- duchowości. Albowiem „poeta” , „filozof”, „pedagog” to nie zwyczajne zawody, do wykonywania których wystarczy odpowiednie wykształcenie i praktyczne kompetencje ale profesje wymagające powołania. „Powołanym” można być zaś jedynie do „rzeczy wyższych”, trenscendujących ponad zwyczajność, ponad cenioną przez ludzi przeciętnych postawę realistyczną, której atrybutami są: funkcjonalność, pragmatyzm, i , nade wszystko -opłacalność.

Czas pełny , czas dobry , to taki, w którym jest należne miejsce zarówno dla „ludzi ciała”, jak i „ludzi ducha”. Czas zły, czas marny natomiast nie potrzebuje tych drugich, w przeświadczeniu, że naprawdę istnieją i naprawdę liczą się wyłącznie rzeczy namacalne oraz policzalne korzyści płynące ze sprawnego poruszania się pośród nich. Rynkowy i towarowy charakter wszelkich relacji sprawia, że również i stosunki między samymi ludźmi nabierają własności „biznesowych”- wystarczy odnotować wypieranie z języka miłosnego słów „kochanek”, „ukochany” na rzecz „partnera”, a samego pojęcia „miłość” na rzecz „terminu „związek”.

     Określenie marność w powiązaniu z czasem wszechwładnego panowania Rynku ( także na ludzi, i również czarnego) nie dotyczy bynajmniej niedostatków materialnych.

Zalęga się przecież w epoce dobrobytu. Marność, owszem, jest rodzajem nędzy, ale – społeczeństw zamożnych. Zatem, paradoksalnie marność, to duchowa nędza bogatych i sytych . Jest ona niewidzialna gołym okiem, co nie umniejsza powodowanych nią anomalii i cierpień. Jako że Przestrzeń Konsumpcyjna nie uwzględnia duchowości , odsyłając do lamusa samą jej nazwę, nędza duchowa jej mieszkańców przejawia się w sposób skryty i maskuje pod różnymi nazwami. Przyjmuje mianowicie postać swoistej epidemii depresji psychicznej, obniżenia poziomu witalności, przedwczesnego wypalenia „konsumentów”. Zdają się oni wszyscy być starsi od własnej metryki, zmęczeni , znużeni , porażeni apatią i abulią, chorobą woli. Dotyczy to nie tylko ludzi starszych, którzy mogą powiedzieć o sobie, że są „stereni życiem”, ale też, o zgrozo! – młodzieży dopiero u progu życia stojącej.

Najwidoczniej, co wnikliwie dostrzegł E. Fromm jako diagnosta „chorego społeczeństwa”, dobrobyt nie jest tożsamy z dobrym byciem. Życie w dostatku, a nawet w luksusie, możliwość korzystania z wszelkich dostępnych za pieniądze, przyjemności i uroków tego świata, wcale nie gwarantuje szczęścia, nie ratuje od poczucia nudy, jałowości , bezsensu, absurdu egzystencji. Nadmierna ustępliwość i miękkość rzeczywistości, w której wszystko jest wystawione na sprzedaż, brak oporności i „ciężaru właściwego” jaką posiadają tylko wartości autentyczne, ze swej natury nie przekupne, przynosi wprawdzie osobliwą „lekkość bytu”, która jednakże odczuwana jest jako „nieznośna”. Ogromna popularność tytułu powieści Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”, skąd zostało zaczerpnięte to wyrażenie, zdaje się tłumaczyć tym, iż utrafia on w sedno powszechnego fatalnego samopoczucia. Kiedy nic nie stawia oporu, kiedy wszystko wolno, bo nie ma żadnych tabu, nagle okazuje się, że ... niczego nie warto. Zaspokajanie sztucznie wzbudzonych i rozkiełznanych apetytów Konsumenta, przynosi bowiem chwilową przyjemność, zadowolenie i satysfakcję, nie sprawia jednak głębokiej radości , nie wywala entuzjazmu. Entuzjazmu, który jest rozbudzeniem i rozpłomienianiem boskiej iskry w człowieku, zdolnym unosić go w regiony transcendencji, bez utraty kontaktu z immanencją. Poruszając się w wypełnionej wyłącznie użytkowymi przedmiotami Przestrzeni Konsumenta, człowiek współczesny oślepł na Przestrzeń Duchową, gdzie mieszczą się rzeczy zdolne zaspokoić jego głód sensu i wartości. Pełny żołądek i puste serce- to obraz jego marnej kondycji . Stłumiona, zduszona, niepewna siebie samej duchowość ustępuje pola rozpasanej, pewnej siebie, a wręcz aroganckiej bezduszności. Bezduszność jest zresztą poniekąd koniecznym tłem cywilizacji towarowej, w której jednym z najwyżej opłacanych specjalności jest zawód płatnego mordercy...

   Do już istniejących diagnoz współczesnego, znękanego różnymi cielesnymi i psychicznymi dolegliwościami chorego społeczeństwa,dodać więc można następującą. Taką oto, że   era cywilizacji konsumpcyjnej, czyli „amerykańskiego snu”, w który pragną się włączyć również inne, zgłodniałe , spragnione dobrobytu narody , zagubiła, albo przynajmniej przygasiła w człowieku ową „bożą iskrę” , znaną już starożytnym pod mianem „entuzjazmu”. Tajemniczy ten pierwiastek, trudno uchwytny dla zmysłów, przez „zdrowy rozsądek” uznany za „irracjonalny” jest też ignorowany przez naukę jako nie mierzalny i w ogóle niewidoczny, nie dający się wobec tego zbadać obiektywnymi metodami. Mimo, iż wyklęty przez wszystkie instancje cieszące się autorytetem Konsumenta, daje o sobie znać na różne sposoby. Najsilniej i najdotkliwiej-przez brak i nieobecność. Dawniej : melancholia, spleen, kosmiczna nuda , obecnie zaś :depresja, „wypalenie zawodowe”, alkoholizm, narkomania, to objawy swoistej „nerwicy egzystencjalnej”. Według Victora Frankla, autora wspaniałej książki „Homo patiens”, ta, trapiąca współczesnych, odmiana nerwicy , przejawia się jako niczym konkretnym nie spowodowane, a mimo to dojmujące poczucia pustki , absurdu, jałowości, czczości- bezsensu istnienia. Składają się one na syndrom swego rodzaju psychicznego podciśnienia, powstającego jako efekt ssącej egzystencjalnej próżni. Może ją odczuć tylko ktoś, kto niegdyś doświadczał sytości i pełni, głębokiej radości życia, albo przynajmniej domyśla się potencjalnej ich możliwości. Dzisiaj to półświadome uczucie niedosytu duchowego jest jeszcze bardziej przykre i męczące wskutek kontrastu pomiędzy nasyceniem przedmiotami a nienasyceniem wartościami . Bulimii materialnej towarzyszy duchowa anoreksja. Depresja- etymologicznie rzecz biorąc, obniżenie terenu, zagrażające życiu, odniesiona do psychiki ludzkiej, byłaby wiec konsekwencją zachwiania równowagi pomiędzy „człowiekiem zewnętrznym” i „człowiekiem wewnętrznym”. „Człowiek zewnętrzny” niejako zapada się do środka, nie znajdując w nim twardego, sprężystego , wypełnionego zdrowym duchem centrum, nie spotykając w samym sobie „człowieka wewnętrznego”. Pozostaje zatem opustoszała, skurczona, zeschnięta łupina - cielesność, udająca, że jest wszystkim. Obecna nią fascynacja widoczna jest w sztuce, reklamie, generalnie- w mass mediach, ale także w nauce ( przykładem socjobiologia czy chirurgia plastyczna) mniej lub bardziej świadomie odwraca uwagę od spraw ducha. Jednostronność współczesnego kultu cielesności: zaprzątnięcie zdrowiem, urodą, sprawnością, wydolnością, młodością ciała, to jak gdyby asceza a robours. Asceza duchowości mianowicie. Podczas gdy asceci średniowieczni umartwiali swoje ciała z myślą o poszerzeniu i pogłębieniu życia duchowego, „asceci ponowocześni”, w swych Siłowniach ,na odwrót, troszczą się wyłącznie o prężność i efektowność swoich Mięśni, zapominając o duszy, wstydząc się w ogóle tego słowa i wykreślając go ze słownika jako staroświeckie , nie naukowe i po prostu śmieszne. Amnezja duszy: tak jej nazwy, jak i samego fenomenu, nie jest jednak równoznaczna z likwidacją „przeklętego problemu”. Problemu, czy też raczej tajemnicy duszy i duchowości. Powracają one w innej, zakamuflowanej szacie słownej, utrudniając rozpoznanie i leczenie przebranej, występującej pod pseudonimem, choroby. Przy tym, co dramatycznie utrudnia sytuację, leczenia domaga się zarówno dzisiejszy człowiek – homo patiens, jak i jego terapeuci- psycholodzy, psychiatrzy, lekarze w ogólności, Kto jednakże miałby leczyć lekarzy? Ironiczne powiedzenie: doctore, cura te ipso, w istocie oparte jest na błędnym mniemaniu, iż jako chorzy , czy – ogólniej –cierpiący, faktycznie możemy być samowystarczalni. W sytuacji, gdy chorych- pacjentów, „leczą” chorzy lekarze ( co przenikliwie ukazuje powieść i film „Milczenie owiec”), okazuje się, iż w tym celu niezbędny staje się jakiś Trzeci Czynnik, źródło zdrowia, samo już na chorobę niepodatne. Źródło posiadające moc leczniczą na dolegliwości ciała i duszy . Źródło Wody Życia , o którym czyta się w bajkach i ... w Ewangeliach.

2.

       Chrystus zapamiętany przez Ewangelistów występuje bezpośrednio i wprost jako Nauczyciel, ale jego nauczanie jest w istocie uzdrawianiem. Widać to zarówno w języku, pełnym takich swoiście medycznych zwrotów, jak „choroba”, „uzdrawianie” ( a nie: „leczenie”!), jak też, i nade wszystko!-   w postępowaniu. A już najbardziej spektakularnie – w poszczególnych czynach , tak niezwykłych i zdumiewających, że odbieranych przez otoczenie w kategoriach cudowności. Większość dokonanych przez Chrystusa cudownych uzdrowień została odnotowana i opisana niezależnie od siebie we wszystkich czterech Ewangeliach. Zdarzenia te musiały zatem wywrzeć ogromne wrażenie nie tylko na ich bohaterach, ale i na ich świadkach, skoro relacje o cudownych uzdrowieniach wypełniają znaczną część „biografii” Chrystusa spisanej przez Mateusza, Marka, Łukasza i Jana . Co prawda, za każdym razem, gdy był zmuszony do uczynienia uzdrowicielskiego cudu, Chrystus upraszał obecnych o nie rozgłaszanie tego, co widzieli. Mimo to wiadomości o nich rozpowszechniały się, przysparzając „lekarzowi” coraz więcej „pacjentów”.   Trzeba więc zadać sobie pytanie, dlaczego Chrystus zarazem i kontynuował swą uzdrowicielską działalność i pragnął ją zachowywać w dyskrecji. Oraz – rozważyć kwestie, jak się ma się ona do pierwszoplanowej misji nauczycielskiej. Odpowiedzi na obydwa pytania dostarcza wypowiedź , którą znajdujemy w Ewangelii Łukasza:

„Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, którzy się źle mają.” ( Łk. 5, 31)

Zwróćmy uwagę, że stan przeciwstawny zdrowiu nie jest tu nazwany chorobą. Określenie „źle się mieć” to nie po prostu synonim wyrażenia „cierpieć ból jakiegoś organu”, ale równoważnik „złego bycia”, czyli: mało wartościowej egzystencji i stąd wynikającego złego samopoczucia, rzutowanego przy tym i generalizowanego na całość bytu. Brak zdrowia, nie- zdrowie bowiem, to stan frustracji: niezadowolenia, złości, wrogości do „reszty świata”. Skaleczenie, rana, kalectwo cielesne powiela się w jednoczesnym okaleczeniu, zranieniu duszy. Symetrycznie bowiem: jeśli w „zdrowym ciele- zdrowy duch”, to w „niezdrowym ciele- niezdrowy   duch”.

Przeto i uzdrawianie, przemiana nie-zdrowia w zdrowie, odpowiednio, musi też obejmować nie wyłącznie i bezpośrednio pojedynczy zbolałą część ciała, jak również- nie jedynie samego niezdrowego, pacjenta. Pragnie ono również chronić innych ludzi od przykrych następstw agresji tego, który w tym momencie dojmująco cierpi. Agresja bowiem, rzekomo nieodzowne następstwo frustracji, stanowi odruch niecierpliwego przerzucania własnego bólu na tych, którzy znajdują się w pobliżu. Cierpiący zazwyczaj nieświadomie zachowują się w myśl reguły analogicznej do territus terreo- przerażony przeraża. Tak, jak „przerażony przeraża”, podobnie też: „zraniony- rani”...

Chcąc doszukać się sensu i swoistej racjonalności „uzdrowicielskich cudów”, należy wydobyć ,skryte pod ich efektowną powłoką ,socjologiczne psychologiczne, pedagogiczne, a generalnie- humanistyczne przesłanie ich sprawcy. Innym słowy – odszukać i nazwać powód, dla którego Chrystus Nauczyciel uznał za konieczne być także Lekarzem: wpierw przywracać ludziom zdrowie cielesne poprzez uzdrawianie, a dopiero potem – duchowe poprzez nauczanie.   Jak już wspomniałam, najprawdopodobniej kierowała nim świadomość, iż wszelkie cierpienie cielesne odbija się na duszy. W taki mianowicie sposób, iż powoduje skurcz, ściśnięcie przestrzeni wewnętrznej, swego rodzaju bezdech, zamarcie duszy.. Długotrwały ,bądź krótki ale intensywny ,ból sprawia, iż owa przestrzeń skupia się i koncentruje w jednym, także bolesnym, chociaż w inny sposób, punkcie.. Cierpiący nie jest wówczas w stanie ani odczuwać ani myśleć o niczym innym poza własnym bólem. Cały wypełniony cierpieniem w istocie z nim się utożsamia, sam nim się staje. W takiej sytuacji każda próba nauczania go albo wychowywania byłaby albo głupotą, bezmyślnością, albo okrucieństwem . Aby cierpiącego człowieka z powrotem otworzyć na inne sprawy, aby ponownie rozszerzyć perspektywę jego percepcji i horyzonty umysłu, należy uwolnić go od tego, co paraliżuje całą jego psychikę. Uniezależnić od obsesji cierpienia, od jego – prawdziwej czy rzekomej – nieznośniości.

Prawdopodobnie świadomość takiego właśnie mechanizmu psychofizycznej współzależności, powodującego u cierpiącego pod wpływem bólu wewnętrzny stupor, dyktowała Chrystusowi potrzebę „cudownego”, jednorazowego znoszenia tegoż bólu ciała i duszy .Szczególnie u tych ludzi, którzy nie potrafili obchodzić się z doświadczeniem cierpienia, byli nim w całości ogarnięci i wobec niego bezradni.

Na marginesie, warto przywołać „odwrotny” przypadek Hioba, któremu, za „wiedzą i zgodą” samego Jahwe , poniekąd „eksperymentalnie”, zostało zesłane cierpienie w stopniu przekraczającym, zdawałoby się, ludzkie granice... Po pierwszym okresie zaskoczenia jego „niesprawiedliwością”, po aktach buntu i dochodzenia przyczyn serii nieszczęść, jakie na niego spadły, Hiob wymusza na Jahwem dialog, a w efekcie rozmowy z Bogiem ,owo cierpienie godzi się na siebie przyjąć. Już nie tylko cierpi, ale na cierpienie się świadomie się zgadza. Wtedy też -odzyskuje w dwójnasób wszystko, co utracił. Historia Hioba wskazuje, iż nie wszyscy ludzie pozostają wobec „niezasłużonego” cierpienia jednakowo bezsilni i bezradni. Bywają, co prawda rzadko, jednostki umiejące potraktować je jako swoiste dobro, jako okazję do rozwoju duchowego, do ćwiczenia się w męstwie i do głębszego niknięcia w naturę bytu, w której „zło” cierpienia jest nieodzownym warunkiem przyszłego dobra. Choćby w postaci radości z jego pokonania.

   Można by stąd wyciągnąć wniosek, że także i Chrystus różnicował ludzi pod względem „talentu do cierpienia”. Uzdrawiał wszak nie wszystkich tego potrzebujących a jedynie niektórych. Nie był to jednakże przejaw kaprysu bądź przypadkowości lecz specyficzna pedagogia cierpienia. Jej przesłankę fundamentalną stanowiła idea, iż cierpienie oczyszcza, pod warunkiem wszakże, że zostaje przez człowieka zrozumiane i przyjęte w takiej właśnie funkcji. Pojęcie egzystencjalnego i eschatologicznego sensu cierpienia przerasta jednak wyobraźnię większości zwykłych ludzi, którzy odczuwają je przede wszystkim jako destrukcję i w tym kształcie nie potrafią go unieść. Trzeba byłoby dopiero wykazać im naocznie, iż owa destrukcja , niszczenie wskutek cierpienia, stanowi konieczny etap rekonstrukcji, przemiany duchowej, niemożliwej na innej drodze

   Zanim wszakże sam Chrystus nie podjął tej próby osobiście, dopóki sam nie zmierzył się z cierpieniem nieznośnym, z okrutną męczarnią, nie zdecydował się zalecać jej innym, słabym ludziom. Do mężnego, heroicznego znoszenia mąk cielesnych konieczna jest bowiem siła ducha, moc duchowa. Dopóki nie wskaże się im jej źródła, a także – głębokiego sensu samego cierpienia, wymaganie cierpliwości w cierpieniu jest zajęciem bezowocnym, a sam taki wymóg – czymś absurdalnym .

                                                

3.

 

W świetle dotychczasowych rozważań powinno stać się zrozumiałe to, iż pierwszoplanowym celem , wstępnym etapem pedagogicznej działalności Chrystusa   musiało być uzdrawianie. Literalnie odczytując teksty Ewangelii można odnieść wrażenie, iż on sam wcale tego nie pragnął, a tym bardziej - nie planował. Prawdopodobnie, gdyby miał absolutnie wolny wybór, wolałby obcować z ludźmi całkowicie zdrowymi i do takich , od razu przygotowanych i otwartych- kierować swoje nauczanie, jak zresztą każdy nauczyciel i każdy zwykły człowiek. Wolałby – gdyby to zależało wyłącznie od niego - przebywać z normalnymi osobami, żyć wśród nich i z nimi dzielić codzienne smutki i radości, ucząc dociekania ich ukrytego wymiaru. Charakterystyczne, iż pierwszego cudu dokonał w Kanie Galilejskiej, podczas wesela. Zresztą- na prośbę swojej Matki. Przemiana wody w wino miała na celu podtrzymanie radości biesiadników, w podtekście natomiast – zaoszczędzenie wstydu gospodarzom, którzy się źle obliczyli z zapasami. Zatem pierwszy cud miał charakter nie dość, że „czysto ziemski”, to służył pomnożeniu wesela, niezakłóconej wesołości pary oblubieńców i ich gości. Zważmy, iż nie chodziło o bynajmniej o chleb, o zaspokojenie elementarnej potrzeby – głodu, ale o wino, napój wyzwalający dobry nastrój, zatem niejako o rzecz nadmiarową.

W początkach swej misji Chrystus wydaje się więc bardziej człowiekiem, niźli Bogiem. Przejawia się to zarówno w tym, że uczestniczy w normalnym trybie życia swego otoczenia, jak i w tym, że rozumie i empatycznie utożsamia się z jego zwyczajnymi , ludzkimi potrzebami. Tym niemniej, aby je zaspokoić, dokonuje cudu. Wbrew pozorom jednak, cud przemiany w wino- wody, posiada już wymiar   swoiście pedagogiczny. Z jednej strony bowiem podkreśla wartość radowania się cudzym szczęściem, z drugiej- ukazuje możliwość transformacji, transsubstancjacji, substancji „pierwszego rzędu”, zwykłej wody, w substancję „wyższego rzędu”- wino, które służy czemuś więcej, niż tylko zaspokajaniu fizjologicznego pragnienia. ( W przyszłości Chrystus sam będzie udzielał się wiernym pod postacią chleba i wina). Wino to zarazem – dosłownie – napój o szczególnych, pobudzających i rozweselających, budzących ducha własnościach , jak i symbol innego typu pragnienia- pragnienia radości i wesela duchowego.

Już wkrótce jednak Chrystus zostaje „zmuszony” przez nacisk otaczających go uczniów i słuchaczy do podjęcia się innego rodzaju cudów- właśnie cudów uzdrowicielskich. Gdyby je wszystkie zliczyć, byłaby to ilość nader pokaźna. W grę wchodziły najróżniejsze rodzaje dolegliwości, chorób i kalectw ; paraliż rąk i nóg, ślepota, epilepsja, głuchoniemota, trąd, puchlina wodna, długotrwałe krwawienie a także – wyjątkowo wiele przypadków „opętania” Warto byłoby zasięgnąć opinii lekarzy specjalistów odnośnie tego , co upodabnia do siebie wszystkie te przypadki, które prowokowały Chrystusa do okazania wyjątkowej litości w postaci cudownego uzdrawiania. W oczach laika, wyjąwszy specyficzny casus opętania, pozostałe łączy jedna wspólna cecha: były to mianowicie przypadłości niezmiernie dotkliwe , przewlekłe, a uznane przy stanie ówczesnej medycyny za nieuleczalne. Jak już wspomniałam, Chrystus, bez wątpienia obdarzony nadzwyczajną wrażliwością na wszelkie ludzkie cierpienia, nie uzdrawiał bynajmniej każdego ciężko chorego, jaki znalazł się w jego pobliżu. Cud czynił to wyłącznie dla tych, którzy prosząc go o ulgę, jednocześnie głęboko wierzyli w możliwość uzdrowienia. W Ewangeliach ustawicznie napotykamy na formułę: „wiara twoja uzdrowiła cię”, wypowiadaną z ewidentnym naciskiem na słowo „twoja”.( por. np. Mk. 5, 34, ze słynnym „Talta kumi”- dzieweczko, wstań”) . A całkiem wprost czytamy o tym w Ewangelii Marka , we fragmencie mówiącym o uzdrowieniu epileptyka : „Jezus rzekł do niego: co się tyczy tego: Jeżeli coś możesz, to: Wszystko jest możliwe dla wierzącego”. ( Mk. 9,23)

Drugim momentem wspólnym dla cudownych uzdrowień jest fakt wstawiennictwa innych osób za cierpiącym. Zazwyczaj jest to ktoś z najbliższej rodziny: matka, brat, krewny, dzieci wobec rodziców, pan wobec sługi. Ale bywa, że niekiedy o cud proszą też nie wymieniani z nazwiska obcy w stosunku do chorego, jak to miało miejsce w przypadku paralityka, którego nieomal siłą podstawiono przed oczy Chrystusa, wnosząc go wraz z łożem. Reagując na to „natręctwo” uzdrowieniem , Jezus niejako tym samym pochwalił akt współczucia , pozwolił się „wykorzystać”, aby zaakcentować sens i wartość ludzkiej solidarności w cierpieniu. Odniósł się z aprobatą do desperacji, z jaką bliźni zabiegali o pomoc dla ciężko chorego.

W dalszym ciągu poszukując elementów „paradygmatu cudów uzdrowicielskich” wskazać należy obecnie na wagę i moc Słowa. Wprawdzie Chrystus posługuje się wieloma leczniczymi środkami: czasem jest to dotyk, czasem – przetarcie oczu ślepca własną śliną, niekiedy wystarcza dotyk jego szaty. Jednakże zawsze towarzyszą temu słowa , przynajmniej jako komentarz do dziejących się zdarzeń. Ale najczęściej wystarczają same słowa Nie jest nawet konieczna fizyczna obecność chorego.

Ten też moment wydaje w „cudownych uzdrowieniach” najistotniejszy: że mianowicie wszystkie ludzkie cierpienia maja głęboki związek ze Słowem. Można je sprowokować złym słowem: przekleństwem, bluźnierstwem, oszczerstwem, kłamstwem. Jak to się dziś nazywa – Hate Speech, mową nienawiści, pod którą kryją się złe, wrogie życzenia ,i myśli. Ale: podobnie, jak złe słowo kaleczy, tak dobre słowo leczy. Można by więc , przez opozycje, ukuć termin Love Speech. Nią też leczył Chrystus nie tylko chorych fizycznie , ale i „zdrowych”, ucząc ich, jak ogromna jest waga tego, co i z jaką intencja mówi się do innych. Nienawistną mową można uśmiercić psychicznie , Słowami miłości można wskrzesić z martwych. Słowa bowiem mają szczególną moc sprawczą, aczkolwiek niemądrym wydają się jedynie „cieniem czynu”. Pamiętajmy: „ Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga”. Potem wszakże Bóg podarował słowa- ludziom. Z ich używania będziemy też osadzani:

„Albowiem na podstawie słów twoich będziesz usprawiedliwiony, i na podstawie słów twoich będziesz potępiony”. ( Mt. 12., 37)

Ciągłe dysputy z faryzeuszami, którzy wykorzystywali w słowach Boskiego Prawa ich literę przeciwko ich duchowi, dowodzą, jak bardzo Chrystus doceniał coś tak ulotnego, jak słowa języka , którym ludzie posługują się na co dzień. Uświadamiał im, że chociaż uczynki, „owoce” liczą się najbardziej, to przecież zależą one od „nasion”, te zaś rzucane są w postaci słow. Mogą one być dobre i zdrowe, owocować dorodnym plonem, mogą też być puste i niby plewy zaśmiecać przestrzeń komunikacyjną między ludźmi. Wreszcie, co najgorsze, słowa mogą pełnić funkcję oręża- ranić i zabijać w ludziach duszę.

Z tego też względu z jedno z najstraszliwszych przestępstw uważa Chrystus „gorszenie maluczkich”. Dzieci, prostaczków, naiwnych i niewinnych, nie znających mechanizmu manipulacji, bezkrytycznych. Ufnych. Nadużycie tej ufności, bez której nie ma żadnej wiary , przez wszelkiego rodzaju „faryzeuszy”- szermierzy słów, jest grzechem niewybaczalnym, albowiem niszczy bezpowrotnie nie tylko wiarę, ale i samą możliwość wiary.

Wiara zaś jest tym, co uzdrawia. Wiara w Boga, wiara w Dobro, sama stanowi Dobro. Dobro jest synonimem zdrowia- zdrowia duchowego. Wiara w Dobro daje ludziom moc, moc ducha, dzięki której sami są w stanie borykać się ze złem, jakie napotykają w życiu. Cierpienie we wszystkich swych odmianach to tylko jedna z postaci zła. Głęboka wiara potrafi sama w sobie uzdrowić człowieka. To jest właśnie rzeczywisty cud, który możemy sprawić sobie sami.

Ponawiane przez Chrystusa prośby o dyskrecję, o nie rozgłaszanie spektakularnych uzdrowień miała ten oto wydźwięk: Nie należy przywiązywać nadmiernej wagi do zewnętrznej strony wyjątkowych , nagłych uzdrowień, by nie przyćmiły one swą efektownością nauki, której są przykładem. Tej oto, powtórzmy, wiara twoja! uzdrowiła cię.

      

    

                                                       4.

Uzdrowienie to oczyszczenie. Oczyszczenie ciała ze śladów ingerencji niszczycielskich, chorobotwórczych czynników i wywołanych przez nie ułomności, a tym samym- ze „smogu” złych uczuć i złych myśli, z negatywnego nastawienia do siebie samego, innych i świata w ogólności, co jest konsekwencją cierpień cielesnych. Jednorazowość, nagłość uzdrowień dokonywanych przez Chrystusa, polegała na swoistym „zgęszczeniu w czasie” procesu leczenia. Jednorazowym aktem dobrej woli Chrystus – uzdrowiciel usuwał jednocześnie rany fizyczne oraz – rany symboliczne. Zatem: cierpienie cielesne, jego przyczyny oraz jego skutki- obolałości psychiczne . Ostatecznym efektem uzdrowienia było więc niejako wyrwanie „kolca psychicznego”, którego cierń urażał również nieuszkodzone elementy , powodując obolałość całej ludzkiej istoty.

Leczenie na drodze uzdrawiania porównać można do generalnych porządków w całym domu. Sprzątanie bowiem to także usuwanie zniszczonych, zbędnych sprzętów, niczemu już nie służących przedmiotów, pustych opakowań- wszystkiego tego, co niegdyś potrzebne , z czasem zamieniło się bezużyteczne i zawadzające w normalnym funkcjonowaniu śmieci. Warunkiem zaprowadzenia ładu w bałaganie powstałym wskutek zużywania się i niekontrolowanego mieszania nie zużytych rzeczy ze zużytymi, jest rozpoznanie statusu pierwszych i drugich, ich selekcja pod tym kątem i decyzja o pozbyciu się tego, co zostało uznane za śmieci. Zatem, oddzielenie rzeczy wartościowych od bezwartościowych, z jednoczesnym wywietrzeniem mieszkania z trujących zapachów zgnilizny i stęchlizny towarzyszących rozkładowi rożnych szczątków. Rozgęszczeniu i nowemu uporządkowaniu przestrzeni, musi towarzyszyć przewietrzenie sprzątanego pomieszczenia, to jest- wymiana zużytego, brudnego powietrza na powietrze świeże i zdrowe.

       Kapitalne porządki w sensie dosłownym wymagają przeto długotrwałej i żmudnej pracy, której efektem jest uzdrowienie przestrzeni domostwa. Cudowne uzdrowienie to „kapitalne porządki” przestrzeni życia duchowego swego rodzaju domostwa „człowieka wewnętrznego”.

       Nauczanie, zabiegi służące rozwojowi, wzrostowi uczuć, woli, rozumu i wszelkich innych zdolności i talentów, może się dokonywać skutecznie i efektywnie , o ile wpierw usunie się wszelkie przeszkody i blokady, które je uniemożliwiają względnie czynią pozornym, powierzchownym. Warunkiem sine qua non jego efektywności jest tedy również „posprzątanie” umysłu ucznia- umysłu, który przez Karla R. Poppera został trafnie porównany do „kubła na śmieci”. Gromadzą się w nim bowiem wszelakie przypadkowe informacje, zasłyszane a nie sprawdzone opinie- mniemania. Pseudo-wiedza, pochodząca z drugiej ręki, cudza, anonimowa, udająca , iż jest rzeczywistą wiedzą danego podmiotu. Są to sui generis śmieci epistemologiczne, bezwartościowe strzępy wszelakich „prawd”. W       swojej metodzie dialogu, Sokrates rozpoczynał od maieutyki- oczyszczenie umysłu z owych śmieci. Jest to bezwzględnie konieczne, aby spod ich stosu moc dotrzeć do żyznej gleby, do tych rejonów duszy, w których zawarta jest wrodzona prawda o tym co dobre i złe. Również – w aspekcie prawdziwości . Warto podkreślić, iż praca przygotowawcza, „czyścicielska” zazwyczaj wzbudza opory , a nawet złość i gniew. Poddany jej podmiot musi bowiem przyznać się do tego, iż tkwił w błędzie, co u wielu obraża ich ambicje i fałszywą dumę. Są one wyrazem swoistego „dogmatu nieomylności”, jaki ludzie chętnie, choć nie expressis verbis przyznają samym sobie.

Głębia i radykalizm paidei Chrystusa wyraża się w odrazie do pozorów, do pseudomądrości wypowiadanej jedynie wargami, a nie sięgającej serca. Negatywnym jej wzorcem byli zwalczani i demaskowani przez niego faryzeusze i saduceusze. Szkodliwość ich praktyk polegała bowiem na fałszowaniu istoty wiary, na przedkładaniu przez nich formy i litery Prawa ponad jego treść i ducha . W pewnym sensie stanowili oni odpowiednik greckich sofistów. Tak, jak Sokrates zwalczał wykrętnych i cynicznych sofistów, podobnie Chrystus kompromitował i przestrzegał przed fałszywymi nauczycielami, faryzeuszami . Ludźmi o drewnianych uszach , kamiennym sercu choć- nierzadko -błyskotliwym intelekcie.

„Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi” ( Mt. 7, 15) – przestrzega Chrystus, dodając jednocześnie wskazówkę, jak ich rozpoznawać- „ po owocach rozpoznacie ich”.

Nie idzie tu jednak wyłącznie o bezkrytyczne uleganie autorytetom pozornym i o czysto intelektualne szkody tym wywołane. Fatalniejsze w skutkach jest stwarzane przez nich zagrożenie poprowadzenia naiwnych mas przez „fałszywych proroków” ku zagładzie, nawet – i zwłaszcza- wówczas, gdy sami są przeświadczeni o słuszności sprawy, do walki o którą zagrzewają rzesze. Zagłada fizyczna jest złem ewidentnym, ale prócz niej dochodzi także do mniej widocznej , ale nie mniej tragicznej zagłady moralnej, polegającej na odwróceniu bądź pomieszaniu wartości. Dzieje się tak wówczas, gdy ludzie prości, zwyczajni, dają sobie wmówić , że sami nie są zdolni do rozpoznawania prawdy, gdy przestają ufać własnej intuicji wartości. Daje to pole „epistemologicznym uzurpatorom”- fałszywym prorokom, którzy twierdzą, iż tylko im dane jest jasne widzenie, gdy pozostali są krótkowidzami. Chrystus przestrzega przed takim „eitaryzmem” poznawczym, przed chęcią zrzeczenia się prawa do własnego , choćby i ułomnego widzenia rzeczy. Powiada:

„Zostawcie ich! Ślepi są przewodnikami ślepych, a jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną” ( Mt. 14, 14.)

       I dla Sokratesa , i dla Chrystusa, przesłanką zwalczania fałszywych nauczycieli ( i, w ogólności, „fałszywych proroków” w każdej dziedzinie) było przekonanie, że prawda jest prosta. A w swej prostocie – dostępna wszystkim. Wszystkim bez wyjątków, ludziom dojrzałym, wykształconym, oświeconym, ale również dzieciom, analfabetom – prostaczkom. Jeśli idzie o rzeczy rudymentarne, prawdy serca orientujące w tym, co Dobre, a co Złe, obydwaj Mistrzowie prezentują postawę demokratyczną

                                                      5.

Prawda autentyczna, mądrość serca, nie potrzebuje pośredników, jakichś „wysoko kwalifikowanych specjalistów”. Ona jest dana , gotowa, podarowana każdemu człowiekowi wraz z życiem. W nieskażonej postaci posiadają ją dzieci.

Obraz dziecka jako nosiciela „prawdziwej prawdy” powraca w Ewangeliach tak często, że domaga się to głębszego zastanowienia. Choćby z tego względu, że pozostaje w sprzeczności z przeważającą liczbą

teorii pedagogicznych, upatrujących w dziecku zaledwie „materiał” na dorosłego, i dopiero w tej postaci „ukończonego”, w pełni wartościowego człowieka. Tymczasem według Chrystusa – Nauczyciela jest odwrotnie:

„ W owym czasie przystąpili uczniowie do Jezusa , pytając: Kto też jest największy w Królestwie Niebios?

A On, przywoławszy dziecię, postawił je wśród nich.

I rzekł: Zaprawdę powiadam wam , jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios.

Kto się uniży jak to dziecię, ten jest największy w Królestwie Niebios.

A kto przyjmie jedno takie dziecię w imię moje, mnie przyjmuje”

( Mt. 18, 1-5) – podobnie: (Mk. 9, 33-37, Łk. 9, 46-48)

Ta sama idea swoistej świętości dziecka wypowiadana jest od innej , negatywnej strony, jako zakaz gorszenia maluczkich.

„Kto zaś zgorszy jednego z tych małych, którzy wierzą we mnie, lepiej będzie dla niego, aby mu zawieszono u szyi kamień młyński i utopiono w głębi morza.

Biada światu z powodu zgorszeń! Wprawdzie zgorszenia muszą przyjść, lecz biada człowiekowi, przez którego zgorszenie przychodzi!” (Mt. 18, 6-7, podobnie Mk. 9.42- 48 oraz Łuk. 17, 1-2)

Wywyższenie dzieci ponad dorosłych, maluczkich ponad wielkich, prostych ponad wyrafinowanych intelektualnie oznacza radykalnie odmienną hierarchię wartości od tej, której hołduje większość zdroworozsądkowo myślących ludzi. Ci kierują się mianowicie swoistą „prawdą oczu”, która nakazuje, aby to, co „duże” uznawać tym samym za „wielkie”, to co chwilowo „na górze” – za „wyższe”. Innymi słowy, by bez żadnych zastrzeżeń pozycję zajmowaną w hierarchii społecznej przenosić na hierarchię wartości. W ten sposób kształtuje się paradygmat siły, zgodnie z którym większy i silniejszy posiada jakoby także mocniejsze racje. Celują w tym zwłaszcza wszelkiego rodzaju „faryzeusze”- rzecznicy „fałszywej świadomości”, obecni w każdej społecznej formacji. Ono też, wytaczając „niezbite argumenty” przedstawiają interesy partykularne własnej grupy jako uniwersalne. Uciekają się w tym celu do manipulacji słownej, za czym idzie mieszanie myśli tak skuteczne, że ich słuchacze widzą tylko to, co „powinni widzieć”, ślepną natomiast na to, co mają faktycznie przed oczyma.

W ostatnim stuleciu powstała cała osobna dyscyplina- socjologia wiedzy, która bada mechanizmy i środki celowego nakładania tego rodzaju przesłon na ludzkie zmysły tak, iż zaczynają one funkcjonować niejako „na odwrót”, służąc szerzeniu się opacznej świadomości.

Przeciwko tej wszechobejmującej dewiacji przyrodzonych władz poznawczych socjologia wiedzy proponuje stosowanie sztuki podejrzeń.

Przypomina to jednak przysłowiowe zwalczanie kataru – gruźlicą, czyli mniejszego zła- większym. Albowiem powszechna podejrzliwość , zapobiega wprawdzie oszustwu, ale przy okazji niszczy tkankę społeczną. W zrealizowanym modelu totalnej podejrzliwości, podejrzani są nie tylko wszyscy ludzie, ale też ich „prawdy”. Zatem i prawda jako taka. „Terapia” uprawiana przez „sztukę podejrzeń” jest tak radykalna, że wraz z zarazkami zabija zarówno tego, który zakaża chorobą, jak i samego zarażonego. Ostatecznie bowiem pod pręgierz podejrzliwości stawiana jest także sama prawda jako taka.

Bez Prawdy , bez wiary w Prawdę, człowiek traci grunt pod nogami, zapadając się w otchłań ( czy raczej bagno) relatywizmu, a w ostatku, poznawczego i aksjologicznego nihilizmu. Przestaje bowiem ufać także samemu sobie . Niewiara w prawdę pociąga niewiarę w sens. W sens robienia albo nie robienia czegokolwiek, niewiarę w sens własnego życia.

Człowiek to istota, która żyje, i, która również wie, że żyje. Ale ponadto, która pragnie wierzyć, że jej życie posiada sens. Samobójstwo, odebranie swojego życia samemu sobie ma miejsce najprawdopodobniej wówczas, gdy ów sens się zatraca. Gdy więc zatraca się Prawda, na której się on wspiera. Sens bowiem nie może się zwierać i wyczerpywać w immanencji, w która jest przestrzenni i czasowo ograniczona. Potrzeba sensu wykracza poza i ponad skończoność biografii, odsyła do czegoś, co jest od niej „obszerniejsze”, trwalsze, wieczne, ponad czasowe, ponad przestrzenne. Pragnienie sensu to jak gdyby pragnienie istnienie czegoś lub kogoś, komu można „dedykować” swoje życie, zwłaszcza zaś- nieodłącznie wen wpisane cierpienie. Samobójstwo to swego rodzaju „strzelisty akt” utraty wiary i nadziei na to, że istnieje „coś innego” i „coś więcej” aniżeli to, co zawiodło nas boleśnie w tym oto momencie– coś pewnego absolutnie. Samobójstwo to akt rozpaczy idący za owym aktem niewiary. Życie bez wiary w to, że żyć warto , nie jest warte życia- oto dewiza samobójcy.

Pozytywnym rozwiązaniem problemu sensu życia jest ufność. Pierwotna, bezrefleksyjna ufność, że sam byt, w tym i mój, jest wartością, i to – wartością niezbywalną, wręcz nie domagającą się racjonalnych uzasadnień.

Właśnie tego rodzaju ufność bezwzględna, ufność podstawowa stanowi atrybut dziecka, jest wręcz synonimem dziecięcości. Wskazując na dziecko jako wzorzec „prawdziwej wielkości”, Chrystus zapewne miał na uwadze ową ufność, mylnie przez dorosłych braną za naiwność, za protekcjonalnie traktowaną „dziecinność”.

Być dzieckiem bożym, dostać się do Królestwa Niebios- dla dorosłego to tyle, co starać się odzyskać ową ufność pierwotną , na którą czyhają różni „faryzeusze” oraz nauczyciele „totalnej podejrzliwości”. A wraz z ufnością- odzyskać wiarę, iż Dawca Życia jest też gwarantem jego sensu i wartości, jego dobra. Owa ufność - rzec by można – nurza się w Miłości. Nie ma do niej dystansu, nie zadaje pytań, czując po prostu ową Miłość, nią się karmiąc i odżywiając. O ile dziecko taką ufność dostaje „za darmo” i „na zapas”, to dorosły, po doświadczeniach, które ją nadwątlają, albo zgoła niszczą, mimo to może do niej na powrót dojść. Mianowicie przez świadomą decyzję zawierzenia- „położenia ufności” w obiekt wiary bez domagania się gwarancji, że mu się to „opłaci”. Nie wchodzi tu w grę zakład Pascala, który jest rodzajem handlowego bilansu zysków i strat wyliczanych przed podjęciem racjonalnej decyzji. Zawierzenie to raczej akt szaleństwa- „szaleństwa boskiego”, w sytuacji, gdy życie bez wiary staje się „nieznośnie lekkie”, opróżnione z sensu.

Erich Fromm, już nie z religijnego, a psychologicznego punktu widzenia stwierdza, iż pierwotną, fundamentalną potrzebę bezpieczeństwa, warunek dobrego bycia, wypełnia właśnie miłość bezwarunkowa. Pewność, że jest się jej obiektem bez żadnego warunku wstępnego. Po prostu dlatego, że się jest np. czyimś dzieckiem. Taki pogląd jest przeniesieniem relacji między Bogiem- Stwórcą a człowiekiem – Stworzeniem na stosunki pomiędzy samymi ludźmi , niezależnie od tego, czy uczony powołuje się na ów wzór, czy nie.

Apel o powrót do dziecięcości ( do fundamentalnej ufności) jest nie do przyjęcia – i nie do pojęcia – dla wielu dorosłych, zwłaszcza , w swoim mniemaniu, oświeconych, wykształconych i racjonalnych osób. Pozostaje on bowiem w kolizji z wpajanymi im w trakcie edukacji postulatami krytycyzmu, sceptycyzmu, „niewiary w cuda” jako firmowego znaku. „oświecenia” wymierzonego w „irracjonalne przesądy”. Szczycąc się wymienionymi powyżej właściwościami, chroniąc je niby skarb, człowiek nowożytny, a już zwłaszcza ponowoczesny nie zdaje sobie sprawy, iż zapłacił za nie cenę utraty świeżego, spojrzenia. Nieuprzedzonego niczym oglądania rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Oczyma dziecka właśnie, które jako jedyne w tłumie dworzan dostrzegło i nazwało „nagi fakt” – nagości króla , przekonanego przez przestraszonych pochlebców, że paraduje we wspaniałych szatach...

Chrystus wcale nie neguje wartości ani potrzeby wiedzy i wykształcenia . Do Betlejem wszak przybyli trzej mędrcy i wspólnie z pastuszkami witali go na ziemi, wierząc w jego posłannictwo, składając mu hołd i objawiając radość. Mędrcy zatem nie poczuli się zagrożeni w swym statusie, nie obawiali się także ani nie wstydzili publicznie zademonstrować swojej wiary. Chrystus też nie kwestionuje ludzkiej mądrości Jego wypowiedź: „oddajcie co cesarskie- cesarzowi, a co boskie – Bogu” odnieść można do wiedzy. Istnieje wiedza o sprawach ziemskich, doczesnych, i tą niech para się nauka, ale istnieje też wiedza o sprawach pozaziemskich, ostatecznych. Ta nie leży w kompetencjach uczonych, mają do niej dostęp również „maluczcy”. Uczeni w swojej zarozumiałości i pysze zazwyczaj przeciwstawiają rozum- wierze, ”racje rozumu” „racjom serca”. I , wielu z nich, odrzuca albo wprost wyszydza te drugie. Wolno każdemu dokonywać takiego wyboru na własny użytek. Jednakże, gdy narzuca się go innym, i to siłą, wówczas zachodzi przypadek „gorszenia maluczkich” i ma miejsce –zło, niewybaczalne zło odbierania komuś wiary, za czym idą nieobliczalne konsekwencje. Rzec by można, iż jest to rodzaj grabieży: wydzierania przemocą intelektualną przez ludzi innym ludziom tego, co w ogóle od ludzi nie pochodzi.

To, zatem, przeciwko czemu zdecydowanie Chrystus występuje – to odmawianie przez „uczonych” wiarygodności temu, czemu oni sami nie widzą wskutek nabytej ślepoty. Opaczność, fałszywość ich płaskiej „racjonalności” , która w ich przekonaniu umożliwia „jasne widzenie”, w istocie jest patrzeniem przez szereg przesłon. Czy też – przez specyficzne okulary, które nie przepuszczają tych barw, które ich konstruktorzy uznali za „nieistniejące obiektywnie”.

Mówiąc wprost: nauka zapatrzona wyłącznie swoje własne kryteria, uprawiająca bałwochwalstwo scjentyzmu, odrzuca realność wymiaru duchowego, duchowości, duszy. Sądząc, iż dzięki temu jest obiektywna i realistyczna, naprawdę popada w subiektywizm i surrealizm. Głosi bowiem, że istnieje tylko to, co widzą sami uczeni „szkiełkiem i okiem”.

    

                                                   6.

Postulat otwarcia się ( „effata”) zwrócony jest do wszystkich. Do wszystkich chorych na zawiniony przez samych siebie niedowład zmysłów. Zablokowanie ich, jako kanałów, którymi spływa nieuprzedzona informacja o świecie bożym ( i ludzkim), musi prowadzić do kształtowania się wypaczonego jego obrazu. W efekcie zaś- do „otępienia serca”:

”Albowiem otępiało serce tego ludu,

uszy ich dotknęła głuchota, oczy swe przymrużyli,

żeby oczami nie widzieli

ani uszami nie słyszeli, i sercem nie rozumieli,

i nie nawrócili się,

a Ja żebym ich nie uleczył.” ( Mt., 13, 15)

Teraz mamy już wszystkie elementy potrzebne do rozwiązania zagadki Chrystusa , Nauczyciela - Uzdrowiciela.

Cuda uzdrowieńcze okazują się poi prostu absolutnie niezbędnym warunkiem „cudu poznawczego”. Są mianowicie konieczne, by przywrócić normalne funkcjonowanie zmysłów jako „bram umysłu”. Nie muszą stać się udziałem wszystkich ludzi- większość z nas stać na autoterapię. Mimo wszystko ,nader liczne uzdrowienia, dotyczyły osób, które już do tego same nie były zdolne. Ich choroby były bowiem tego typu, że obejmowały podstawowe narządy ruchu ( paralitycy) bądź organy zmysłów wzroku, słuchu, mowy ( ślepi, głusi, głuchoniemi), bądź wreszcie – naruszały funkcjonowanie umysłu ( epileptycy, opętani).

Uzdrowienie - to otwarcie się; otwarcie zmysłów, umysłów i serca, wszystkiego tego, co dane jest człowiekowi, by chłonąć pełnię bytu bez niepotrzebnych , sztucznych filtrów, które ją zubażają. W zdrowym ciele- zdrowy umysł i wrażliwe serce- tak można by podsumować pedagogiczną mądrość Chrystusa.

                    

                                                                  7.

 

Na koniec warto podjąć jeszcze jedną kwestię: dlaczego w swej- już czysto nauczycielskiej działalności – Chrystus nie korzystał z formy wykładu, ani dialogu, ale z osobliwej metody „mówienia w podobieństwach”

Owe „podobieństwa”, to , innymi słowy, „przypowieści”. Historie fabularne, w których bohaterami są ludzie w swej codzienności : właściciele winnic, poszukujący robotników do zbierania owoców, siewcy, którym nie udał się plon, ojcowie, których zbuntowani synowie uciekają z domu, panowie rozdający sługom pieniądze do pomnożenia, zawiedziony gospodarz, do którego na ucztę nie przybyli zaproszeni goście....

   Wszystkie one przedstawiają sytuacje niezmiernie bliskie powszedniemu doświadczeniu, albo wręcz znane z autopsji słuchaczy Jezusa.

Sadzę, iż operowanie „podobieństwami”, - analogiami do życiowego doświadczenia wiąże się z wielokrotnym odmawianiem ludowi „znaku z Nieba”. Nie idzie wszak o otwarcie się i nawrócenie pod wpływem spektakularnego , szokującego wydarzenia ( które w przyszłości należałoby powtarzać po każdym akcie zwątpienia). Chrystus, swoją odmową „znaków” daje wyraz zaufaniu do ludzi, nie chce ich bowiem traktować jako osobników infantylnych. Pragnie uświadomić im, iż posiadają w sobie wszystko, aby na własną rękę dostrzec i zachwycić się autentyczną, choć nie widzialną dla otępiałych zmysłów i tępego serca – cudownością świata. Jego pięknem, które jest najlepszym dowodem na istnienie Stwórcy, który i im, swoim stworzeniom go udziela. Owo piękno, synonim dobra, zwiera się w postępku ojca, z miłością przygarniającego marnotrawnego syna, w pochyleniu się Samarytanina nad poranionym obcoplemieńcem, w dalekowzroczności właściciela winnicy, nagradzającego po równo tych co przyszli pierwsi i ostatni- albowiem w ogóle przyszli...

Przypowieści nigdy nie wyjawiają swego morału wprost, „dają do myślenia”, zmuszają do samodzielnego dochodzenia i wykrywania ich wielopoziomowego sensu i wydźwięku. Dlatego, że przedstawiając sytuacje niezmiernie bliskie powszedniemu doświadczeniu, zarazem oświetlają je z zaskakującej strony, łamiąc schematy i stereotypy „normalności” i „zdrowego rozsądku”.

Dziwili się tej szczególnej metodzie wychowawczej uczniowie Chrystusa:

„I przystąpiwszy uczniowie , rzekli mu: dlaczego mówisz do nich w podobieństwach?

A On , odpowiadając , rzekł: Wam dane jest znać tajemnice Niebios, a tamtym nie jest dane.

Albowiem temu, kto ma , będzie dane i obfitować będzie: a temu, kto nie ma, będzie odjęte.”

Dlatego w podobieństwach do nich mówię, bo patrząc , nie widzą, a słuchając , nie słyszą, ani nie rozumieją.” (Mt. 13, 10-14).

         Trzeba więc wprowadzić pewną korektę do naszego wcześniejszego twierdzenia o elitaryźmie pedagogicznym Chrystusa. Nie wszystkich traktował on jednakowo: wszak dwunastu uznał za swoich apostołów, im powierzył kontynuowanie własnego dzieła Nauczania- oni „poznali tajemnice Niebios”. Zauważmy, iż nie było to przypadkowe wyróżnienie- wszyscy apostołowie poszli za Mistrzem , bez wahania porzucając wszystko: rodziny, prace, całe dotychczasowe życie.

Ci poniekąd wybrali się więc sami , uwierzywszy, iż istnieje coś, co swą wartością przewyższa owe porzucone rzeczy i sprawy. Zawierzywszy więc bezgranicznie swemu Mistrzowi. Tym samym zyskali prawo i obowiązek, misję pomagania w szerzeniu Nauki –poprzez dostosowywaniu jej do możliwości zrozumienia wszystkich pozostałych. To nie tylko zaszczyt ale powinność. Bycie apostołem, to obustronne wybranie do służenia Prawdzie. Nie ważne, że i przyszłym apostołom zdarzyło się zbłądzić, zawahać, albo nawet – zaprzeć Mistrza. Chrystus wybaczył niewiernemu Piotrowi, a nawet to na nim właśnie „zbudował swój Kościół”. Dał tym wyraz, iż ludzie są warci miłości nie dlatego, że są niezawodni , doskonali, lecz dlatego, że błądząc, starają się powracać ku dobru.

To jeszcze jeden przejaw swoistego realizmu antropologicznego Chrystusa- Nauczyciela: że brał ludzi takimi, jacy są , a co najwyżej nakłaniał ich dyskretnie , by nad sobą pracowali w kierunku uszlachetnienia. Uznawał odmienność każdej ludzkiej istoty, ogromne zróżnicowanie postaw, zachowań, charakterów. Szanował wybory, nawet z góry znając ich zgubne skutki- nie zapobiegł, choć przecież mógł straszliwej w swych skutkach zdradzie jednego z najbliższych uczniów- Judasza. A przecież, wskutek jego zdrady został ukrzyżowany...

I tym wątkiem należy podsumować nasze rozważania: że mianowicie Jezus jako Nauczyciel swoje nauki przypieczętował własną męką, oddał za nie krew i ciało, przedtem na Krzyżu szyderczo napojony octem i żółcią. Rzec by należało zatem, iż każda Prawda, godna tego miana i wielkiej litery, musi zostać poświadczona tym, iż ten kto naucza, idzie osobiście dokładnie tam, gdzie wskazuje.

Nauka Ukrzyżowania, ciągle odczytywana w kategoriach paidei, oznacza, iż nauczanie to nie tylko głoszenie Słowa, to sprawianie, aby stawało się ono ciałem. Kiedy zachodzi taka konieczność- własnym , umęczonym i martwym ciałem. Tylko wówczas bowiem może nastąpić cud- tym razem – uzdrowienia duchowego dla tych, którzy przyjmą ofiarę ciała i krwi pod postacią chleba i wina.

Pierwszy cud z Kany Galilejskiej styka się i niejako powtarza w cudzie ostatnim. Tam woda, naturalna substancja została przemieniona w wino, napój także jeszcze „ z tej ziemi”, rozweselający serca biesiadników . Teraz przemieniona została w wino symbolicznie krew. Substancja życia doczesnego- w substancję życia wiecznego. Za nieśmiertelność trzeba płacić śmiercią. Śmierć cielesna wszakże objawia się jako wstęp do wiecznego Życia w miłości. Cierpienia – wszelkie – zyskują tedy wreszcie sens . Już niepodważalny: Jako droga- Krzyżowa – do ostatecznego wyzwolenia z cierpień.

”Effata – to znaczy : otwórzcie się”. To wezwanie odnosi się więc również do otwarcia na cierpienie, cenę , bez której nie ma zeń wyzwolenia.

Mogłoby się wydawać, iż taka nauka , takie oczekiwanie przerasta człowieka: że jest czymś nieludzkim albo – nadludzkim. A jednak przynajmniej niektórzy z nas, dotknięci straszliwymi męczarniami , uznający się za „braci Hioba”, dochodzą do jej zrozumienia i odczucia.Tak, jak Barbara Sadowska, poetka, której przyszło być bezradnym świadkiem bestialskiego mordu na własnym, kilkunastoletnim synu, Grzegorzu Przemyku. Ta współczesna Pieta, po okresie rozpaczy, buntu i desperacji, napisała:

„wydzierając dziecko

wziąłeś mnie w ramiona

boję się spojrzeć

w Twoją Twarz”     ( 1983).

Twarz Boga i Twarz Człowieka , być może bowiem na równi stanowią epifanię cierpienia. Ale – już nie w opuszczeniu...

                                                                                                           Jadwiga Mizińska