Chrystus Nauczyciel JM Drukuj Email

 

                      Chrystus Nauczyciel

 

                    

                               Effata to znaczy: Otwrz si?

                                                                   Mk. 7, 34

 

 

                                              1 .

      

       I spojrza? w niebo, westchn?? i rzek? do niego: Effata, to znaczy: Otwrz si?!

         I otworzy?y si? uszy jego, i zaraz rozwi?za?y si? wi?zy j?zyka jego, i mwi? poprawnie.

         I przykaza? im, aby nikomu o tym nie mwili, ale im wi?cej im przykazywa?, tym wi?cej oni to rozg?aszali.

         I niezmiernie si? zdumiewali, mwi?c: Dobrze wszystko uczyni?, bo s prawia, ?e g?usi s?ysz? i niemi mwi?. ( Mk. 7, 34- 37).

     Opis uzdrowienia g?uchoniemego dany w Ewangelii ?w. Marka , na zasadzie pars pro toto zawiera w sobie podstawowe momenty paidei Chrystusa. S?dz?, ?e rozwa?anie dzia?alno?ci Chrystusa w kategoriach peidei i pedagogiki jest w pe?ni uprawnione i uzasadnione.

  

Nikogo wszak nie dziwi tytu? Nauczyciela i Mistrza, ktrym nazywaj? Go bezpo?redni uczniowie, przyszli Aposto?owie. Podobnie naturalne wydaje si? u?ywanie wobec nich okre?lenia uczniowie w?a?nie.

Nauczyciel, mistrz, uczniowie to terminy zaczerpni?te z j?zyka pedagogiki, teorii i praktyki wychowania i nauczania . Ich obecno?? w Pi?mie ?wi?tym dowodzi, i? dzia?alno?? Chrystusa by?a przez jemu wsp?czesnych postrzegana i ujmowana przede wszystkim w kategoriach paidei, praktyki edukacyjnej. Wszystko inne przysz?o potem, po zako?czeniu jej wraz z ziemskim ?yciem Chrystusa. Po tragedii Ukrzy?owania i cudzie Zmartwychwstania. Dopiero wwczas na pierwszy plan wysun?? si? religijny aspekt, eschatologiczny wymiar Chrystusowych nauk, Jego odkupicielska misja jako Mesjasza, Zbawiciela.

Nie ma jednak ?adnych przeszkd ani zakazw, aby i dzisiaj mc przyjrze? si? jego post?powaniu jako pewnemu programowi wychowania oraz modelowi oddzia?ywa? edukacyjnych .Co wi?cej, taka potrzeba staje si? nagl?ca zarwno wobec kryzysu, czy wprost katastrofy pedagogicznej , jak te?, i zw?aszcza, wobec nieznanego wcze?niej fenomenu przedwczesnego wypalania zawodowego wielu wsp?czesnych nauczycieli. Generalnie w zwi?zku z upadkiem wszelkich autorytetw, ktrych dawniej nauczyciele byli i krzewicielami, i dla swych wychowankw pierwszymi , po rodzicach, wzorcami.

       Chrystus,( podobnie jak jeszcze kilka postaci z panteonu Mistrzw: takich jak cho?by Sokrates czy Budda), pozostaje idea?em, ktrego nie ima si? czas. Nawet taki jak nasz, ktry sam siebie uznaje za bezwarto?ciowy, zapytuj?c s?owami Holderlina rozs?awionymi przez Heideggera : c? po poecie, ( arty?cie, filozofie) w czasie marnym. Do tej listy istot zb?dnych doda? nale?a?oby jeszcze- pedagoga. Pod tym dramatycznym pytaniem c? po nich wszystkich, kryje si? niewiara w to, czy w epoce, ktra nie jest bynajmniej ani z?ota , ani srebrna, ani nawet br?zowa, a co najwy?ej ?elazna, i ju? mocno skorodowana, istnieje jeszcze jakikolwiek odzew na to, co tyczy si? sfery ducha- duchowo?ci. Albowiem poeta , filozof, pedagog to nie zwyczajne zawody, do wykonywania ktrych wystarczy odpowiednie wykszta?cenie i praktyczne kompetencje ale profesje wymagaj?ce powo?ania. Powo?anym mo?na by? za? jedynie do rzeczy wy?szych, trenscenduj?cych ponad zwyczajno??, ponad cenion? przez ludzi przeci?tnych postaw? realistyczn?, ktrej atrybutami s?: funkcjonalno??, pragmatyzm, i , nade wszystko -op?acalno??.

Czas pe?ny , czas dobry , to taki, w ktrym jest nale?ne miejsce zarwno dla ludzi cia?a, jak i ludzi ducha. Czas z?y, czas marny natomiast nie potrzebuje tych drugich, w prze?wiadczeniu, ?e naprawd? istniej? i naprawd? licz? si? wy??cznie rzeczy namacalne oraz policzalne korzy?ci p?yn?ce ze sprawnego poruszania si? po?rd nich. Rynkowy i towarowy charakter wszelkich relacji sprawia, ?e rwnie? i stosunki mi?dzy samymi lud?mi nabieraj? w?asno?ci biznesowych- wystarczy odnotowa? wypieranie z j?zyka mi?osnego s?w kochanek, ukochany na rzecz partnera, a samego poj?cia mi?o?? na rzecz terminu zwi?zek.

     Okre?lenie marno?? w powi?zaniu z czasem wszechw?adnego panowania Rynku ( tak?e na ludzi, i rwnie? czarnego) nie dotyczy bynajmniej niedostatkw materialnych.

Zal?ga si? przecie? w epoce dobrobytu. Marno??, owszem, jest rodzajem n?dzy, ale spo?ecze?stw zamo?nych. Zatem, paradoksalnie marno??, to duchowa n?dza bogatych i sytych . Jest ona niewidzialna go?ym okiem, co nie umniejsza powodowanych ni? anomalii i cierpie?. Jako ?e Przestrze? Konsumpcyjna nie uwzgl?dnia duchowo?ci , odsy?aj?c do lamusa sam? jej nazw?, n?dza duchowa jej mieszka?cw przejawia si? w sposb skryty i maskuje pod r?nymi nazwami. Przyjmuje mianowicie posta? swoistej epidemii depresji psychicznej, obni?enia poziomu witalno?ci, przedwczesnego wypalenia konsumentw. Zdaj? si? oni wszyscy by? starsi od w?asnej metryki, zm?czeni , znu?eni , pora?eni apati? i abuli?, chorob? woli. Dotyczy to nie tylko ludzi starszych, ktrzy mog? powiedzie? o sobie, ?e s? stereni ?yciem, ale te?, o zgrozo! m?odzie?y dopiero u progu ?ycia stoj?cej.

Najwidoczniej, co wnikliwie dostrzeg? E. Fromm jako diagnosta chorego spo?ecze?stwa, dobrobyt nie jest to?samy z dobrym byciem. ?ycie w dostatku, a nawet w luksusie, mo?liwo?? korzystania z wszelkich dost?pnych za pieni?dze, przyjemno?ci i urokw tego ?wiata, wcale nie gwarantuje szcz??cia, nie ratuje od poczucia nudy, ja?owo?ci , bezsensu, absurdu egzystencji. Nadmierna ust?pliwo?? i mi?kko?? rzeczywisto?ci, w ktrej wszystko jest wystawione na sprzeda?, brak oporno?ci i ci??aru w?a?ciwego jak? posiadaj? tylko warto?ci autentyczne, ze swej natury nie przekupne, przynosi wprawdzie osobliw? lekko?? bytu, ktra jednak?e odczuwana jest jako niezno?na. Ogromna popularno?? tytu?u powie?ci Milana Kundery Niezno?na lekko?? bytu, sk?d zosta?o zaczerpni?te to wyra?enie, zdaje si? t?umaczy? tym, i? utrafia on w sedno powszechnego fatalnego samopoczucia. Kiedy nic nie stawia oporu, kiedy wszystko wolno, bo nie ma ?adnych tabu, nagle okazuje si?, ?e ... niczego nie warto. Zaspokajanie sztucznie wzbudzonych i rozkie?znanych apetytw Konsumenta, przynosi bowiem chwilow? przyjemno??, zadowolenie i satysfakcj?, nie sprawia jednak g??bokiej rado?ci , nie wywala entuzjazmu. Entuzjazmu, ktry jest rozbudzeniem i rozp?omienianiem boskiej iskry w cz?owieku, zdolnym unosi? go w regiony transcendencji, bez utraty kontaktu z immanencj?. Poruszaj?c si? w wype?nionej wy??cznie u?ytkowymi przedmiotami Przestrzeni Konsumenta, cz?owiek wsp?czesny o?lep? na Przestrze? Duchow?, gdzie mieszcz? si? rzeczy zdolne zaspokoi? jego g?d sensu i warto?ci. Pe?ny ?o??dek i puste serce- to obraz jego marnej kondycji . St?umiona, zduszona, niepewna siebie samej duchowo?? ust?puje pola rozpasanej, pewnej siebie, a wr?cz aroganckiej bezduszno?ci. Bezduszno?? jest zreszt? poniek?d koniecznym t?em cywilizacji towarowej, w ktrej jednym z najwy?ej op?acanych specjalno?ci jest zawd p?atnego mordercy...

   Do ju? istniej?cych diagnoz wsp?czesnego, zn?kanego r?nymi cielesnymi i psychicznymi dolegliwo?ciami chorego spo?ecze?stwa,doda? wi?c mo?na nast?puj?c?. Tak? oto, ?e   era cywilizacji konsumpcyjnej, czyli ameryka?skiego snu, w ktry pragn? si? w??czy? rwnie? inne, zg?odnia?e , spragnione dobrobytu narody , zagubi?a, albo przynajmniej przygasi?a w cz?owieku ow? bo?? iskr? , znan? ju? staro?ytnym pod mianem entuzjazmu. Tajemniczy ten pierwiastek, trudno uchwytny dla zmys?w, przez zdrowy rozs?dek uznany za irracjonalny jest te? ignorowany przez nauk? jako nie mierzalny i w ogle niewidoczny, nie daj?cy si? wobec tego zbada? obiektywnymi metodami. Mimo, i? wykl?ty przez wszystkie instancje ciesz?ce si? autorytetem Konsumenta, daje o sobie zna? na r?ne sposoby. Najsilniej i najdotkliwiej-przez brak i nieobecno??. Dawniej : melancholia, spleen, kosmiczna nuda , obecnie za? :depresja, wypalenie zawodowe, alkoholizm, narkomania, to objawy swoistej nerwicy egzystencjalnej. Wed?ug Victora Frankla, autora wspania?ej ksi??ki Homo patiens, ta, trapi?ca wsp?czesnych, odmiana nerwicy , przejawia si? jako niczym konkretnym nie spowodowane, a mimo to dojmuj?ce poczucia pustki , absurdu, ja?owo?ci, czczo?ci- bezsensu istnienia. Sk?adaj? si? one na syndrom swego rodzaju psychicznego podci?nienia, powstaj?cego jako efekt ss?cej egzystencjalnej pr?ni. Mo?e j? odczu? tylko kto?, kto niegdy? do?wiadcza? syto?ci i pe?ni, g??bokiej rado?ci ?ycia, albo przynajmniej domy?la si? potencjalnej ich mo?liwo?ci. Dzisiaj to p??wiadome uczucie niedosytu duchowego jest jeszcze bardziej przykre i m?cz?ce wskutek kontrastu pomi?dzy nasyceniem przedmiotami a nienasyceniem warto?ciami . Bulimii materialnej towarzyszy duchowa anoreksja. Depresja- etymologicznie rzecz bior?c, obni?enie terenu, zagra?aj?ce ?yciu, odniesiona do psychiki ludzkiej, by?aby wiec konsekwencj? zachwiania rwnowagi pomi?dzy cz?owiekiem zewn?trznym i cz?owiekiem wewn?trznym. Cz?owiek zewn?trzny niejako zapada si? do ?rodka, nie znajduj?c w nim twardego, spr??ystego , wype?nionego zdrowym duchem centrum, nie spotykaj?c w samym sobie cz?owieka wewn?trznego. Pozostaje zatem opustosza?a, skurczona, zeschni?ta ?upina - cielesno??, udaj?ca, ?e jest wszystkim. Obecna ni? fascynacja widoczna jest w sztuce, reklamie, generalnie- w mass mediach, ale tak?e w nauce ( przyk?adem socjobiologia czy chirurgia plastyczna) mniej lub bardziej ?wiadomie odwraca uwag? od spraw ducha. Jednostronno?? wsp?czesnego kultu cielesno?ci: zaprz?tni?cie zdrowiem, urod?, sprawno?ci?, wydolno?ci?, m?odo?ci? cia?a, to jak gdyby asceza a robours. Asceza duchowo?ci mianowicie. Podczas gdy asceci ?redniowieczni umartwiali swoje cia?a z my?l? o poszerzeniu i pog??bieniu ?ycia duchowego, asceci ponowocze?ni, w swych Si?owniach ,na odwrt, troszcz? si? wy??cznie o pr??no?? i efektowno?? swoich Mi??ni, zapominaj?c o duszy, wstydz?c si? w ogle tego s?owa i wykre?laj?c go ze s?ownika jako staro?wieckie , nie naukowe i po prostu ?mieszne. Amnezja duszy: tak jej nazwy, jak i samego fenomenu, nie jest jednak rwnoznaczna z likwidacj? przekl?tego problemu. Problemu, czy te? raczej tajemnicy duszy i duchowo?ci. Powracaj? one w innej, zakamuflowanej szacie s?ownej, utrudniaj?c rozpoznanie i leczenie przebranej, wyst?puj?cej pod pseudonimem, choroby. Przy tym, co dramatycznie utrudnia sytuacj?, leczenia domaga si? zarwno dzisiejszy cz?owiek homo patiens, jak i jego terapeuci- psycholodzy, psychiatrzy, lekarze w oglno?ci, Kto jednak?e mia?by leczy? lekarzy? Ironiczne powiedzenie: doctore, cura te ipso, w istocie oparte jest na b??dnym mniemaniu, i? jako chorzy , czy oglniej cierpi?cy, faktycznie mo?emy by? samowystarczalni. W sytuacji, gdy chorych- pacjentw, lecz? chorzy lekarze ( co przenikliwie ukazuje powie?? i film Milczenie owiec), okazuje si?, i? w tym celu niezb?dny staje si? jaki? Trzeci Czynnik, ?rd?o zdrowia, samo ju? na chorob? niepodatne. ?rd?o posiadaj?ce moc lecznicz? na dolegliwo?ci cia?a i duszy . ?rd?o Wody ?ycia , o ktrym czyta si? w bajkach i ... w Ewangeliach.

2.

       Chrystus zapami?tany przez Ewangelistw wyst?puje bezpo?rednio i wprost jako Nauczyciel, ale jego nauczanie jest w istocie uzdrawianiem. Wida? to zarwno w j?zyku, pe?nym takich swoi?cie medycznych zwrotw, jak choroba, uzdrawianie ( a nie: leczenie!), jak te?, i nade wszystko!-   w post?powaniu. A ju? najbardziej spektakularnie w poszczeglnych czynach , tak niezwyk?ych i zdumiewaj?cych, ?e odbieranych przez otoczenie w kategoriach cudowno?ci. Wi?kszo?? dokonanych przez Chrystusa cudownych uzdrowie? zosta?a odnotowana i opisana niezale?nie od siebie we wszystkich czterech Ewangeliach. Zdarzenia te musia?y zatem wywrze? ogromne wra?enie nie tylko na ich bohaterach, ale i na ich ?wiadkach, skoro relacje o cudownych uzdrowieniach wype?niaj? znaczn? cz??? biografii Chrystusa spisanej przez Mateusza, Marka, ?ukasza i Jana . Co prawda, za ka?dym razem, gdy by? zmuszony do uczynienia uzdrowicielskiego cudu, Chrystus uprasza? obecnych o nie rozg?aszanie tego, co widzieli. Mimo to wiadomo?ci o nich rozpowszechnia?y si?, przysparzaj?c lekarzowi coraz wi?cej pacjentw.   Trzeba wi?c zada? sobie pytanie, dlaczego Chrystus zarazem i kontynuowa? sw? uzdrowicielsk? dzia?alno?? i pragn?? j? zachowywa? w dyskrecji. Oraz rozwa?y? kwestie, jak si? ma si? ona do pierwszoplanowej misji nauczycielskiej. Odpowiedzi na obydwa pytania dostarcza wypowied? , ktr? znajdujemy w Ewangelii ?ukasza:

Nie potrzebuj? zdrowi lekarza, lecz ci, ktrzy si? ?le maj?. ( ?k. 5, 31)

Zwr?my uwag?, ?e stan przeciwstawny zdrowiu nie jest tu nazwany chorob?. Okre?lenie ?le si? mie? to nie po prostu synonim wyra?enia cierpie? bl jakiego? organu, ale rwnowa?nik z?ego bycia, czyli: ma?o warto?ciowej egzystencji i st?d wynikaj?cego z?ego samopoczucia, rzutowanego przy tym i generalizowanego na ca?o?? bytu. Brak zdrowia, nie- zdrowie bowiem, to stan frustracji: niezadowolenia, z?o?ci, wrogo?ci do reszty ?wiata. Skaleczenie, rana, kalectwo cielesne powiela si? w jednoczesnym okaleczeniu, zranieniu duszy. Symetrycznie bowiem: je?li w zdrowym ciele- zdrowy duch, to w niezdrowym ciele- niezdrowy   duch.

Przeto i uzdrawianie, przemiana nie-zdrowia w zdrowie, odpowiednio, musi te? obejmowa? nie wy??cznie i bezpo?rednio pojedynczy zbola?? cz??? cia?a, jak rwnie?- nie jedynie samego niezdrowego, pacjenta. Pragnie ono rwnie? chroni? innych ludzi od przykrych nast?pstw agresji tego, ktry w tym momencie dojmuj?co cierpi. Agresja bowiem, rzekomo nieodzowne nast?pstwo frustracji, stanowi odruch niecierpliwego przerzucania w?asnego blu na tych, ktrzy znajduj? si? w pobli?u. Cierpi?cy zazwyczaj nie?wiadomie zachowuj? si? w my?l regu?y analogicznej do territus terreo- przera?ony przera?a. Tak, jak przera?ony przera?a, podobnie te?: zraniony- rani...

Chc?c doszuka? si? sensu i swoistej racjonalno?ci uzdrowicielskich cudw, nale?y wydoby? ,skryte pod ich efektown? pow?ok? ,socjologiczne psychologiczne, pedagogiczne, a generalnie- humanistyczne przes?anie ich sprawcy. Innym s?owy odszuka? i nazwa? powd, dla ktrego Chrystus Nauczyciel uzna? za konieczne by? tak?e Lekarzem: wpierw przywraca? ludziom zdrowie cielesne poprzez uzdrawianie, a dopiero potem duchowe poprzez nauczanie.   Jak ju? wspomnia?am, najprawdopodobniej kierowa?a nim ?wiadomo??, i? wszelkie cierpienie cielesne odbija si? na duszy. W taki mianowicie sposb, i? powoduje skurcz, ?ci?ni?cie przestrzeni wewn?trznej, swego rodzaju bezdech, zamarcie duszy.. D?ugotrwa?y ,b?d? krtki ale intensywny ,bl sprawia, i? owa przestrze? skupia si? i koncentruje w jednym, tak?e bolesnym, chocia? w inny sposb, punkcie.. Cierpi?cy nie jest wwczas w stanie ani odczuwa? ani my?le? o niczym innym poza w?asnym blem. Ca?y wype?niony cierpieniem w istocie z nim si? uto?samia, sam nim si? staje. W takiej sytuacji ka?da prba nauczania go albo wychowywania by?aby albo g?upot?, bezmy?lno?ci?, albo okrucie?stwem . Aby cierpi?cego cz?owieka z powrotem otworzy? na inne sprawy, aby ponownie rozszerzy? perspektyw? jego percepcji i horyzonty umys?u, nale?y uwolni? go od tego, co parali?uje ca?? jego psychik?. Uniezale?ni? od obsesji cierpienia, od jego prawdziwej czy rzekomej niezno?nio?ci.

Prawdopodobnie ?wiadomo?? takiego w?a?nie mechanizmu psychofizycznej wsp?zale?no?ci, powoduj?cego u cierpi?cego pod wp?ywem blu wewn?trzny stupor, dyktowa?a Chrystusowi potrzeb? cudownego, jednorazowego znoszenia tego? blu cia?a i duszy .Szczeglnie u tych ludzi, ktrzy nie potrafili obchodzi? si? z do?wiadczeniem cierpienia, byli nim w ca?o?ci ogarni?ci i wobec niego bezradni.

Na marginesie, warto przywo?a? odwrotny przypadek Hioba, ktremu, za wiedz? i zgod? samego Jahwe , poniek?d eksperymentalnie, zosta?o zes?ane cierpienie w stopniu przekraczaj?cym, zdawa?oby si?, ludzkie granice... Po pierwszym okresie zaskoczenia jego niesprawiedliwo?ci?, po aktach buntu i dochodzenia przyczyn serii nieszcz???, jakie na niego spad?y, Hiob wymusza na Jahwem dialog, a w efekcie rozmowy z Bogiem ,owo cierpienie godzi si? na siebie przyj??. Ju? nie tylko cierpi, ale na cierpienie si? ?wiadomie si? zgadza. Wtedy te? -odzyskuje w dwjnasb wszystko, co utraci?. Historia Hioba wskazuje, i? nie wszyscy ludzie pozostaj? wobec niezas?u?onego cierpienia jednakowo bezsilni i bezradni. Bywaj?, co prawda rzadko, jednostki umiej?ce potraktowa? je jako swoiste dobro, jako okazj? do rozwoju duchowego, do ?wiczenia si? w m?stwie i do g??bszego nikni?cia w natur? bytu, w ktrej z?o cierpienia jest nieodzownym warunkiem przysz?ego dobra. Cho?by w postaci rado?ci z jego pokonania.

   Mo?na by st?d wyci?gn?? wniosek, ?e tak?e i Chrystus r?nicowa? ludzi pod wzgl?dem talentu do cierpienia. Uzdrawia? wszak nie wszystkich tego potrzebuj?cych a jedynie niektrych. Nie by? to jednak?e przejaw kaprysu b?d? przypadkowo?ci lecz specyficzna pedagogia cierpienia. Jej przes?ank? fundamentaln? stanowi?a idea, i? cierpienie oczyszcza, pod warunkiem wszak?e, ?e zostaje przez cz?owieka zrozumiane i przyj?te w takiej w?a?nie funkcji. Poj?cie egzystencjalnego i eschatologicznego sensu cierpienia przerasta jednak wyobra?ni? wi?kszo?ci zwyk?ych ludzi, ktrzy odczuwaj? je przede wszystkim jako destrukcj? i w tym kszta?cie nie potrafi? go unie??. Trzeba by?oby dopiero wykaza? im naocznie, i? owa destrukcja , niszczenie wskutek cierpienia, stanowi konieczny etap rekonstrukcji, przemiany duchowej, niemo?liwej na innej drodze

   Zanim wszak?e sam Chrystus nie podj?? tej prby osobi?cie, dopki sam nie zmierzy? si? z cierpieniem niezno?nym, z okrutn? m?czarni?, nie zdecydowa? si? zaleca? jej innym, s?abym ludziom. Do m??nego, heroicznego znoszenia m?k cielesnych konieczna jest bowiem si?a ducha, moc duchowa. Dopki nie wska?e si? im jej ?rd?a, a tak?e g??bokiego sensu samego cierpienia, wymaganie cierpliwo?ci w cierpieniu jest zaj?ciem bezowocnym, a sam taki wymg czym? absurdalnym .

                                                

3.

 

W ?wietle dotychczasowych rozwa?a? powinno sta? si? zrozumia?e to, i? pierwszoplanowym celem , wst?pnym etapem pedagogicznej dzia?alno?ci Chrystusa   musia?o by? uzdrawianie. Literalnie odczytuj?c teksty Ewangelii mo?na odnie?? wra?enie, i? on sam wcale tego nie pragn??, a tym bardziej - nie planowa?. Prawdopodobnie, gdyby mia? absolutnie wolny wybr, wola?by obcowa? z lud?mi ca?kowicie zdrowymi i do takich , od razu przygotowanych i otwartych- kierowa? swoje nauczanie, jak zreszt? ka?dy nauczyciel i ka?dy zwyk?y cz?owiek. Wola?by gdyby to zale?a?o wy??cznie od niego - przebywa? z normalnymi osobami, ?y? w?rd nich i z nimi dzieli? codzienne smutki i rado?ci, ucz?c dociekania ich ukrytego wymiaru. Charakterystyczne, i? pierwszego cudu dokona? w Kanie Galilejskiej, podczas wesela. Zreszt?- na pro?b? swojej Matki. Przemiana wody w wino mia?a na celu podtrzymanie rado?ci biesiadnikw, w podtek?cie natomiast zaoszcz?dzenie wstydu gospodarzom, ktrzy si? ?le obliczyli z zapasami. Zatem pierwszy cud mia? charakter nie do??, ?e czysto ziemski, to s?u?y? pomno?eniu wesela, niezak?conej weso?o?ci pary oblubie?cw i ich go?ci. Zwa?my, i? nie chodzi?o o bynajmniej o chleb, o zaspokojenie elementarnej potrzeby g?odu, ale o wino, napj wyzwalaj?cy dobry nastrj, zatem niejako o rzecz nadmiarow?.

W pocz?tkach swej misji Chrystus wydaje si? wi?c bardziej cz?owiekiem, ni?li Bogiem. Przejawia si? to zarwno w tym, ?e uczestniczy w normalnym trybie ?ycia swego otoczenia, jak i w tym, ?e rozumie i empatycznie uto?samia si? z jego zwyczajnymi , ludzkimi potrzebami. Tym niemniej, aby je zaspokoi?, dokonuje cudu. Wbrew pozorom jednak, cud przemiany w wino- wody, posiada ju? wymiar   swoi?cie pedagogiczny. Z jednej strony bowiem podkre?la warto?? radowania si? cudzym szcz??ciem, z drugiej- ukazuje mo?liwo?? transformacji, transsubstancjacji, substancji pierwszego rz?du, zwyk?ej wody, w substancj? wy?szego rz?du- wino, ktre s?u?y czemu? wi?cej, ni? tylko zaspokajaniu fizjologicznego pragnienia. ( W przysz?o?ci Chrystus sam b?dzie udziela? si? wiernym pod postaci? chleba i wina). Wino to zarazem dos?ownie napj o szczeglnych, pobudzaj?cych i rozweselaj?cych, budz?cych ducha w?asno?ciach , jak i symbol innego typu pragnienia- pragnienia rado?ci i wesela duchowego.

Ju? wkrtce jednak Chrystus zostaje zmuszony przez nacisk otaczaj?cych go uczniw i s?uchaczy do podj?cia si? innego rodzaju cudw- w?a?nie cudw uzdrowicielskich. Gdyby je wszystkie zliczy?, by?aby to ilo?? nader poka?na. W gr? wchodzi?y najr?niejsze rodzaje dolegliwo?ci, chorb i kalectw ; parali? r?k i ng, ?lepota, epilepsja, g?uchoniemota, tr?d, puchlina wodna, d?ugotrwa?e krwawienie a tak?e wyj?tkowo wiele przypadkw op?tania Warto by?oby zasi?gn?? opinii lekarzy specjalistw odno?nie tego , co upodabnia do siebie wszystkie te przypadki, ktre prowokowa?y Chrystusa do okazania wyj?tkowej lito?ci w postaci cudownego uzdrawiania. W oczach laika, wyj?wszy specyficzny casus op?tania, pozosta?e ??czy jedna wsplna cecha: by?y to mianowicie przypad?o?ci niezmiernie dotkliwe , przewlek?e, a uznane przy stanie wczesnej medycyny za nieuleczalne. Jak ju? wspomnia?am, Chrystus, bez w?tpienia obdarzony nadzwyczajn? wra?liwo?ci? na wszelkie ludzkie cierpienia, nie uzdrawia? bynajmniej ka?dego ci??ko chorego, jaki znalaz? si? w jego pobli?u. Cud czyni? to wy??cznie dla tych, ktrzy prosz?c go o ulg?, jednocze?nie g??boko wierzyli w mo?liwo?? uzdrowienia. W Ewangeliach ustawicznie napotykamy na formu??: wiara twoja uzdrowi?a ci?, wypowiadan? z ewidentnym naciskiem na s?owo twoja.( por. np. Mk. 5, 34, ze s?ynnym Talta kumi- dzieweczko, wsta?) . A ca?kiem wprost czytamy o tym w Ewangelii Marka , we fragmencie mwi?cym o uzdrowieniu epileptyka : Jezus rzek? do niego: co si? tyczy tego: Je?eli co? mo?esz, to: Wszystko jest mo?liwe dla wierz?cego. ( Mk. 9,23)

Drugim momentem wsplnym dla cudownych uzdrowie? jest fakt wstawiennictwa innych osb za cierpi?cym. Zazwyczaj jest to kto? z najbli?szej rodziny: matka, brat, krewny, dzieci wobec rodzicw, pan wobec s?ugi. Ale bywa, ?e niekiedy o cud prosz? te? nie wymieniani z nazwiska obcy w stosunku do chorego, jak to mia?o miejsce w przypadku paralityka, ktrego nieomal si?? podstawiono przed oczy Chrystusa, wnosz?c go wraz z ?o?em. Reaguj?c na to natr?ctwo uzdrowieniem , Jezus niejako tym samym pochwali? akt wsp?czucia , pozwoli? si? wykorzysta?, aby zaakcentowa? sens i warto?? ludzkiej solidarno?ci w cierpieniu. Odnis? si? z aprobat? do desperacji, z jak? bli?ni zabiegali o pomoc dla ci??ko chorego.

W dalszym ci?gu poszukuj?c elementw paradygmatu cudw uzdrowicielskich wskaza? nale?y obecnie na wag? i moc S?owa. Wprawdzie Chrystus pos?uguje si? wieloma leczniczymi ?rodkami: czasem jest to dotyk, czasem przetarcie oczu ?lepca w?asn? ?lin?, niekiedy wystarcza dotyk jego szaty. Jednak?e zawsze towarzysz? temu s?owa , przynajmniej jako komentarz do dziej?cych si? zdarze?. Ale najcz??ciej wystarczaj? same s?owa Nie jest nawet konieczna fizyczna obecno?? chorego.

Ten te? moment wydaje w cudownych uzdrowieniach najistotniejszy: ?e mianowicie wszystkie ludzkie cierpienia maja g??boki zwi?zek ze S?owem. Mo?na je sprowokowa? z?ym s?owem: przekle?stwem, blu?nierstwem, oszczerstwem, k?amstwem. Jak to si? dzi? nazywa Hate Speech, mow? nienawi?ci, pod ktr? kryj? si? z?e, wrogie ?yczenia ,i my?li. Ale: podobnie, jak z?e s?owo kaleczy, tak dobre s?owo leczy. Mo?na by wi?c , przez opozycje, uku? termin Love Speech. Ni? te? leczy? Chrystus nie tylko chorych fizycznie , ale i zdrowych, ucz?c ich, jak ogromna jest waga tego, co i z jak? intencja mwi si? do innych. Nienawistn? mow? mo?na u?mierci? psychicznie , S?owami mi?o?ci mo?na wskrzesi? z martwych. S?owa bowiem maj? szczegln? moc sprawcz?, aczkolwiek niem?drym wydaj? si? jedynie cieniem czynu. Pami?tajmy: Na pocz?tku by?o S?owo, a S?owo by?o u Boga. Potem wszak?e Bg podarowa? s?owa- ludziom. Z ich u?ywania b?dziemy te? osadzani:

Albowiem na podstawie s?w twoich b?dziesz usprawiedliwiony, i na podstawie s?w twoich b?dziesz pot?piony. ( Mt. 12., 37)

Ci?g?e dysputy z faryzeuszami, ktrzy wykorzystywali w s?owach Boskiego Prawa ich liter? przeciwko ich duchowi, dowodz?, jak bardzo Chrystus docenia? co? tak ulotnego, jak s?owa j?zyka , ktrym ludzie pos?uguj? si? na co dzie?. U?wiadamia? im, ?e chocia? uczynki, owoce licz? si? najbardziej, to przecie? zale?? one od nasion, te za? rzucane s? w postaci s?ow. Mog? one by? dobre i zdrowe, owocowa? dorodnym plonem, mog? te? by? puste i niby plewy za?mieca? przestrze? komunikacyjn? mi?dzy lud?mi. Wreszcie, co najgorsze, s?owa mog? pe?ni? funkcj? or??a- rani? i zabija? w ludziach dusz?.

Z tego te? wzgl?du z jedno z najstraszliwszych przest?pstw uwa?a Chrystus gorszenie maluczkich. Dzieci, prostaczkw, naiwnych i niewinnych, nie znaj?cych mechanizmu manipulacji, bezkrytycznych. Ufnych. Nadu?ycie tej ufno?ci, bez ktrej nie ma ?adnej wiary , przez wszelkiego rodzaju faryzeuszy- szermierzy s?w, jest grzechem niewybaczalnym, albowiem niszczy bezpowrotnie nie tylko wiar?, ale i sam? mo?liwo?? wiary.

Wiara za? jest tym, co uzdrawia. Wiara w Boga, wiara w Dobro, sama stanowi Dobro. Dobro jest synonimem zdrowia- zdrowia duchowego. Wiara w Dobro daje ludziom moc, moc ducha, dzi?ki ktrej sami s? w stanie boryka? si? ze z?em, jakie napotykaj? w ?yciu. Cierpienie we wszystkich swych odmianach to tylko jedna z postaci z?a. G??boka wiara potrafi sama w sobie uzdrowi? cz?owieka. To jest w?a?nie rzeczywisty cud, ktry mo?emy sprawi? sobie sami.

Ponawiane przez Chrystusa pro?by o dyskrecj?, o nie rozg?aszanie spektakularnych uzdrowie? mia?a ten oto wyd?wi?k: Nie nale?y przywi?zywa? nadmiernej wagi do zewn?trznej strony wyj?tkowych , nag?ych uzdrowie?, by nie przy?mi?y one sw? efektowno?ci? nauki, ktrej s? przyk?adem. Tej oto, powtrzmy, wiara twoja! uzdrowi?a ci?.

      

    

                                                       4.

Uzdrowienie to oczyszczenie. Oczyszczenie cia?a ze ?ladw ingerencji niszczycielskich, chorobotwrczych czynnikw i wywo?anych przez nie u?omno?ci, a tym samym- ze smogu z?ych uczu? i z?ych my?li, z negatywnego nastawienia do siebie samego, innych i ?wiata w oglno?ci, co jest konsekwencj? cierpie? cielesnych. Jednorazowo??, nag?o?? uzdrowie? dokonywanych przez Chrystusa, polega?a na swoistym zg?szczeniu w czasie procesu leczenia. Jednorazowym aktem dobrej woli Chrystus uzdrowiciel usuwa? jednocze?nie rany fizyczne oraz rany symboliczne. Zatem: cierpienie cielesne, jego przyczyny oraz jego skutki- obola?o?ci psychiczne . Ostatecznym efektem uzdrowienia by?o wi?c niejako wyrwanie kolca psychicznego, ktrego cier? ura?a? rwnie? nieuszkodzone elementy , powoduj?c obola?o?? ca?ej ludzkiej istoty.

Leczenie na drodze uzdrawiania porwna? mo?na do generalnych porz?dkw w ca?ym domu. Sprz?tanie bowiem to tak?e usuwanie zniszczonych, zb?dnych sprz?tw, niczemu ju? nie s?u??cych przedmiotw, pustych opakowa?- wszystkiego tego, co niegdy? potrzebne , z czasem zamieni?o si? bezu?yteczne i zawadzaj?ce w normalnym funkcjonowaniu ?mieci. Warunkiem zaprowadzenia ?adu w ba?aganie powsta?ym wskutek zu?ywania si? i niekontrolowanego mieszania nie zu?ytych rzeczy ze zu?ytymi, jest rozpoznanie statusu pierwszych i drugich, ich selekcja pod tym k?tem i decyzja o pozbyciu si? tego, co zosta?o uznane za ?mieci. Zatem, oddzielenie rzeczy warto?ciowych od bezwarto?ciowych, z jednoczesnym wywietrzeniem mieszkania z truj?cych zapachw zgnilizny i st?chlizny towarzysz?cych rozk?adowi ro?nych szcz?tkw. Rozg?szczeniu i nowemu uporz?dkowaniu przestrzeni, musi towarzyszy? przewietrzenie sprz?tanego pomieszczenia, to jest- wymiana zu?ytego, brudnego powietrza na powietrze ?wie?e i zdrowe.

       Kapitalne porz?dki w sensie dos?ownym wymagaj? przeto d?ugotrwa?ej i ?mudnej pracy, ktrej efektem jest uzdrowienie przestrzeni domostwa. Cudowne uzdrowienie to kapitalne porz?dki przestrzeni ?ycia duchowego swego rodzaju domostwa cz?owieka wewn?trznego.

       Nauczanie, zabiegi s?u??ce rozwojowi, wzrostowi uczu?, woli, rozumu i wszelkich innych zdolno?ci i talentw, mo?e si? dokonywa? skutecznie i efektywnie , o ile wpierw usunie si? wszelkie przeszkody i blokady, ktre je uniemo?liwiaj? wzgl?dnie czyni? pozornym, powierzchownym. Warunkiem sine qua non jego efektywno?ci jest tedy rwnie? posprz?tanie umys?u ucznia- umys?u, ktry przez Karla R. Poppera zosta? trafnie porwnany do kub?a na ?mieci. Gromadz? si? w nim bowiem wszelakie przypadkowe informacje, zas?yszane a nie sprawdzone opinie- mniemania. Pseudo-wiedza, pochodz?ca z drugiej r?ki, cudza, anonimowa, udaj?ca , i? jest rzeczywist? wiedz? danego podmiotu. S? to sui generis ?mieci epistemologiczne, bezwarto?ciowe strz?py wszelakich prawd. W       swojej metodzie dialogu, Sokrates rozpoczyna? od maieutyki- oczyszczenie umys?u z owych ?mieci. Jest to bezwzgl?dnie konieczne, aby spod ich stosu moc dotrze? do ?yznej gleby, do tych rejonw duszy, w ktrych zawarta jest wrodzona prawda o tym co dobre i z?e. Rwnie? w aspekcie prawdziwo?ci . Warto podkre?li?, i? praca przygotowawcza, czy?cicielska zazwyczaj wzbudza opory , a nawet z?o?? i gniew. Poddany jej podmiot musi bowiem przyzna? si? do tego, i? tkwi? w b??dzie, co u wielu obra?a ich ambicje i fa?szyw? dum?. S? one wyrazem swoistego dogmatu nieomylno?ci, jaki ludzie ch?tnie, cho? nie expressis verbis przyznaj? samym sobie.

G??bia i radykalizm paidei Chrystusa wyra?a si? w odrazie do pozorw, do pseudom?dro?ci wypowiadanej jedynie wargami, a nie si?gaj?cej serca. Negatywnym jej wzorcem byli zwalczani i demaskowani przez niego faryzeusze i saduceusze. Szkodliwo?? ich praktyk polega?a bowiem na fa?szowaniu istoty wiary, na przedk?adaniu przez nich formy i litery Prawa ponad jego tre?? i ducha . W pewnym sensie stanowili oni odpowiednik greckich sofistw. Tak, jak Sokrates zwalcza? wykr?tnych i cynicznych sofistw, podobnie Chrystus kompromitowa? i przestrzega? przed fa?szywymi nauczycielami, faryzeuszami . Lud?mi o drewnianych uszach , kamiennym sercu cho?- nierzadko -b?yskotliwym intelekcie.

Strze?cie si? fa?szywych prorokw, ktrzy przychodz? do was w odzieniu owczym, wewn?trz za? s? wilkami drapie?nymi ( Mt. 7, 15) przestrzega Chrystus, dodaj?c jednocze?nie wskazwk?, jak ich rozpoznawa?- po owocach rozpoznacie ich.

Nie idzie tu jednak wy??cznie o bezkrytyczne uleganie autorytetom pozornym i o czysto intelektualne szkody tym wywo?ane. Fatalniejsze w skutkach jest stwarzane przez nich zagro?enie poprowadzenia naiwnych mas przez fa?szywych prorokw ku zag?adzie, nawet i zw?aszcza- wwczas, gdy sami s? prze?wiadczeni o s?uszno?ci sprawy, do walki o ktr? zagrzewaj? rzesze. Zag?ada fizyczna jest z?em ewidentnym, ale prcz niej dochodzi tak?e do mniej widocznej , ale nie mniej tragicznej zag?ady moralnej, polegaj?cej na odwrceniu b?d? pomieszaniu warto?ci. Dzieje si? tak wwczas, gdy ludzie pro?ci, zwyczajni, daj? sobie wmwi? , ?e sami nie s? zdolni do rozpoznawania prawdy, gdy przestaj? ufa? w?asnej intuicji warto?ci. Daje to pole epistemologicznym uzurpatorom- fa?szywym prorokom, ktrzy twierdz?, i? tylko im dane jest jasne widzenie, gdy pozostali s? krtkowidzami. Chrystus przestrzega przed takim eitaryzmem poznawczym, przed ch?ci? zrzeczenia si? prawa do w?asnego , cho?by i u?omnego widzenia rzeczy. Powiada:

Zostawcie ich! ?lepi s? przewodnikami ?lepych, a je?li ?lepy ?lepego prowadzi, obaj w d? wpadn? ( Mt. 14, 14.)

       I dla Sokratesa , i dla Chrystusa, przes?ank? zwalczania fa?szywych nauczycieli ( i, w oglno?ci, fa?szywych prorokw w ka?dej dziedzinie) by?o przekonanie, ?e prawda jest prosta. A w swej prostocie dost?pna wszystkim. Wszystkim bez wyj?tkw, ludziom dojrza?ym, wykszta?conym, o?wieconym, ale rwnie? dzieciom, analfabetom prostaczkom. Je?li idzie o rzeczy rudymentarne, prawdy serca orientuj?ce w tym, co Dobre, a co Z?e, obydwaj Mistrzowie prezentuj? postaw? demokratyczn?

                                                      5.

Prawda autentyczna, m?dro?? serca, nie potrzebuje po?rednikw, jakich? wysoko kwalifikowanych specjalistw. Ona jest dana , gotowa, podarowana ka?demu cz?owiekowi wraz z ?yciem. W nieska?onej postaci posiadaj? j? dzieci.

Obraz dziecka jako nosiciela prawdziwej prawdy powraca w Ewangeliach tak cz?sto, ?e domaga si? to g??bszego zastanowienia. Cho?by z tego wzgl?du, ?e pozostaje w sprzeczno?ci z przewa?aj?c? liczb?

teorii pedagogicznych, upatruj?cych w dziecku zaledwie materia? na doros?ego, i dopiero w tej postaci uko?czonego, w pe?ni warto?ciowego cz?owieka. Tymczasem wed?ug Chrystusa Nauczyciela jest odwrotnie:

W owym czasie przyst?pili uczniowie do Jezusa , pytaj?c: Kto te? jest najwi?kszy w Krlestwie Niebios?

A On, przywo?awszy dzieci?, postawi? je w?rd nich.

I rzek?: Zaprawd? powiadam wam , je?li si? nie nawrcicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Krlestwa Niebios.

Kto si? uni?y jak to dzieci?, ten jest najwi?kszy w Krlestwie Niebios.

A kto przyjmie jedno takie dzieci? w imi? moje, mnie przyjmuje

( Mt. 18, 1-5) podobnie: (Mk. 9, 33-37, ?k. 9, 46-48)

Ta sama idea swoistej ?wi?to?ci dziecka wypowiadana jest od innej , negatywnej strony, jako zakaz gorszenia maluczkich.

Kto za? zgorszy jednego z tych ma?ych, ktrzy wierz? we mnie, lepiej b?dzie dla niego, aby mu zawieszono u szyi kamie? m?y?ski i utopiono w g??bi morza.

Biada ?wiatu z powodu zgorsze?! Wprawdzie zgorszenia musz? przyj??, lecz biada cz?owiekowi, przez ktrego zgorszenie przychodzi! (Mt. 18, 6-7, podobnie Mk. 9.42- 48 oraz ?uk. 17, 1-2)

Wywy?szenie dzieci ponad doros?ych, maluczkich ponad wielkich, prostych ponad wyrafinowanych intelektualnie oznacza radykalnie odmienn? hierarchi? warto?ci od tej, ktrej ho?duje wi?kszo?? zdroworozs?dkowo my?l?cych ludzi. Ci kieruj? si? mianowicie swoist? prawd? oczu, ktra nakazuje, aby to, co du?e uznawa? tym samym za wielkie, to co chwilowo na grze za wy?sze. Innymi s?owy, by bez ?adnych zastrze?e? pozycj? zajmowan? w hierarchii spo?ecznej przenosi? na hierarchi? warto?ci. W ten sposb kszta?tuje si? paradygmat si?y, zgodnie z ktrym wi?kszy i silniejszy posiada jakoby tak?e mocniejsze racje. Celuj? w tym zw?aszcza wszelkiego rodzaju faryzeusze- rzecznicy fa?szywej ?wiadomo?ci, obecni w ka?dej spo?ecznej formacji. Ono te?, wytaczaj?c niezbite argumenty przedstawiaj? interesy partykularne w?asnej grupy jako uniwersalne. Uciekaj? si? w tym celu do manipulacji s?ownej, za czym idzie mieszanie my?li tak skuteczne, ?e ich s?uchacze widz? tylko to, co powinni widzie?, ?lepn? natomiast na to, co maj? faktycznie przed oczyma.

W ostatnim stuleciu powsta?a ca?a osobna dyscyplina- socjologia wiedzy, ktra bada mechanizmy i ?rodki celowego nak?adania tego rodzaju przes?on na ludzkie zmys?y tak, i? zaczynaj? one funkcjonowa? niejako na odwrt, s?u??c szerzeniu si? opacznej ?wiadomo?ci.

Przeciwko tej wszechobejmuj?cej dewiacji przyrodzonych w?adz poznawczych socjologia wiedzy proponuje stosowanie sztuki podejrze?.

Przypomina to jednak przys?owiowe zwalczanie kataru gru?lic?, czyli mniejszego z?a- wi?kszym. Albowiem powszechna podejrzliwo?? , zapobiega wprawdzie oszustwu, ale przy okazji niszczy tkank? spo?eczn?. W zrealizowanym modelu totalnej podejrzliwo?ci, podejrzani s? nie tylko wszyscy ludzie, ale te? ich prawdy. Zatem i prawda jako taka. Terapia uprawiana przez sztuk? podejrze? jest tak radykalna, ?e wraz z zarazkami zabija zarwno tego, ktry zaka?a chorob?, jak i samego zara?onego. Ostatecznie bowiem pod pr?gierz podejrzliwo?ci stawiana jest tak?e sama prawda jako taka.

Bez Prawdy , bez wiary w Prawd?, cz?owiek traci grunt pod nogami, zapadaj?c si? w otch?a? ( czy raczej bagno) relatywizmu, a w ostatku, poznawczego i aksjologicznego nihilizmu. Przestaje bowiem ufa? tak?e samemu sobie . Niewiara w prawd? poci?ga niewiar? w sens. W sens robienia albo nie robienia czegokolwiek, niewiar? w sens w?asnego ?ycia.

Cz?owiek to istota, ktra ?yje, i, ktra rwnie? wie, ?e ?yje. Ale ponadto, ktra pragnie wierzy?, ?e jej ?ycie posiada sens. Samobjstwo, odebranie swojego ?ycia samemu sobie ma miejsce najprawdopodobniej wwczas, gdy w sens si? zatraca. Gdy wi?c zatraca si? Prawda, na ktrej si? on wspiera. Sens bowiem nie mo?e si? zwiera? i wyczerpywa? w immanencji, w ktra jest przestrzenni i czasowo ograniczona. Potrzeba sensu wykracza poza i ponad sko?czono?? biografii, odsy?a do czego?, co jest od niej obszerniejsze, trwalsze, wieczne, ponad czasowe, ponad przestrzenne. Pragnienie sensu to jak gdyby pragnienie istnienie czego? lub kogo?, komu mo?na dedykowa? swoje ?ycie, zw?aszcza za?- nieod??cznie wen wpisane cierpienie. Samobjstwo to swego rodzaju strzelisty akt utraty wiary i nadziei na to, ?e istnieje co? innego i co? wi?cej ani?eli to, co zawiod?o nas bole?nie w tym oto momencie co? pewnego absolutnie. Samobjstwo to akt rozpaczy id?cy za owym aktem niewiary. ?ycie bez wiary w to, ?e ?y? warto , nie jest warte ?ycia- oto dewiza samobjcy.

Pozytywnym rozwi?zaniem problemu sensu ?ycia jest ufno??. Pierwotna, bezrefleksyjna ufno??, ?e sam byt, w tym i mj, jest warto?ci?, i to warto?ci? niezbywaln?, wr?cz nie domagaj?c? si? racjonalnych uzasadnie?.

W?a?nie tego rodzaju ufno?? bezwzgl?dna, ufno?? podstawowa stanowi atrybut dziecka, jest wr?cz synonimem dzieci?co?ci. Wskazuj?c na dziecko jako wzorzec prawdziwej wielko?ci, Chrystus zapewne mia? na uwadze ow? ufno??, mylnie przez doros?ych bran? za naiwno??, za protekcjonalnie traktowan? dziecinno??.

By? dzieckiem bo?ym, dosta? si? do Krlestwa Niebios- dla doros?ego to tyle, co stara? si? odzyska? ow? ufno?? pierwotn? , na ktr? czyhaj? r?ni faryzeusze oraz nauczyciele totalnej podejrzliwo?ci. A wraz z ufno?ci?- odzyska? wiar?, i? Dawca ?ycia jest te? gwarantem jego sensu i warto?ci, jego dobra. Owa ufno?? - rzec by mo?na nurza si? w Mi?o?ci. Nie ma do niej dystansu, nie zadaje pyta?, czuj?c po prostu ow? Mi?o??, ni? si? karmi?c i od?ywiaj?c. O ile dziecko tak? ufno?? dostaje za darmo i na zapas, to doros?y, po do?wiadczeniach, ktre j? nadw?tlaj?, albo zgo?a niszcz?, mimo to mo?e do niej na powrt doj??. Mianowicie przez ?wiadom? decyzj? zawierzenia- po?o?enia ufno?ci w obiekt wiary bez domagania si? gwarancji, ?e mu si? to op?aci. Nie wchodzi tu w gr? zak?ad Pascala, ktry jest rodzajem handlowego bilansu zyskw i strat wyliczanych przed podj?ciem racjonalnej decyzji. Zawierzenie to raczej akt szale?stwa- szale?stwa boskiego, w sytuacji, gdy ?ycie bez wiary staje si? niezno?nie lekkie, opr?nione z sensu.

Erich Fromm, ju? nie z religijnego, a psychologicznego punktu widzenia stwierdza, i? pierwotn?, fundamentaln? potrzeb? bezpiecze?stwa, warunek dobrego bycia, wype?nia w?a?nie mi?o?? bezwarunkowa. Pewno??, ?e jest si? jej obiektem bez ?adnego warunku wst?pnego. Po prostu dlatego, ?e si? jest np. czyim? dzieckiem. Taki pogl?d jest przeniesieniem relacji mi?dzy Bogiem- Stwrc? a cz?owiekiem Stworzeniem na stosunki pomi?dzy samymi lud?mi , niezale?nie od tego, czy uczony powo?uje si? na w wzr, czy nie.

Apel o powrt do dzieci?co?ci ( do fundamentalnej ufno?ci) jest nie do przyj?cia i nie do poj?cia dla wielu doros?ych, zw?aszcza , w swoim mniemaniu, o?wieconych, wykszta?conych i racjonalnych osb. Pozostaje on bowiem w kolizji z wpajanymi im w trakcie edukacji postulatami krytycyzmu, sceptycyzmu, niewiary w cuda jako firmowego znaku. o?wiecenia wymierzonego w irracjonalne przes?dy. Szczyc?c si? wymienionymi powy?ej w?a?ciwo?ciami, chroni?c je niby skarb, cz?owiek nowo?ytny, a ju? zw?aszcza ponowoczesny nie zdaje sobie sprawy, i? zap?aci? za nie cen? utraty ?wie?ego, spojrzenia. Nieuprzedzonego niczym ogl?dania rzeczy takimi, jakie naprawd? s?. Oczyma dziecka w?a?nie, ktre jako jedyne w t?umie dworzan dostrzeg?o i nazwa?o nagi fakt nago?ci krla , przekonanego przez przestraszonych pochlebcw, ?e paraduje we wspania?ych szatach...

Chrystus wcale nie neguje warto?ci ani potrzeby wiedzy i wykszta?cenia . Do Betlejem wszak przybyli trzej m?drcy i wsplnie z pastuszkami witali go na ziemi, wierz?c w jego pos?annictwo, sk?adaj?c mu ho?d i objawiaj?c rado??. M?drcy zatem nie poczuli si? zagro?eni w swym statusie, nie obawiali si? tak?e ani nie wstydzili publicznie zademonstrowa? swojej wiary. Chrystus te? nie kwestionuje ludzkiej m?dro?ci Jego wypowied?: oddajcie co cesarskie- cesarzowi, a co boskie Bogu odnie?? mo?na do wiedzy. Istnieje wiedza o sprawach ziemskich, doczesnych, i t? niech para si? nauka, ale istnieje te? wiedza o sprawach pozaziemskich, ostatecznych. Ta nie le?y w kompetencjach uczonych, maj? do niej dost?p rwnie? maluczcy. Uczeni w swojej zarozumia?o?ci i pysze zazwyczaj przeciwstawiaj? rozum- wierze, racje rozumu racjom serca. I , wielu z nich, odrzuca albo wprost wyszydza te drugie. Wolno ka?demu dokonywa? takiego wyboru na w?asny u?ytek. Jednak?e, gdy narzuca si? go innym, i to si??, wwczas zachodzi przypadek gorszenia maluczkich i ma miejsce z?o, niewybaczalne z?o odbierania komu? wiary, za czym id? nieobliczalne konsekwencje. Rzec by mo?na, i? jest to rodzaj grabie?y: wydzierania przemoc? intelektualn? przez ludzi innym ludziom tego, co w ogle od ludzi nie pochodzi.

To, zatem, przeciwko czemu zdecydowanie Chrystus wyst?puje to odmawianie przez uczonych wiarygodno?ci temu, czemu oni sami nie widz? wskutek nabytej ?lepoty. Opaczno??, fa?szywo?? ich p?askiej racjonalno?ci , ktra w ich przekonaniu umo?liwia jasne widzenie, w istocie jest patrzeniem przez szereg przes?on. Czy te? przez specyficzne okulary, ktre nie przepuszczaj? tych barw, ktre ich konstruktorzy uznali za nieistniej?ce obiektywnie.

Mwi?c wprost: nauka zapatrzona wy??cznie swoje w?asne kryteria, uprawiaj?ca ba?wochwalstwo scjentyzmu, odrzuca realno?? wymiaru duchowego, duchowo?ci, duszy. S?dz?c, i? dzi?ki temu jest obiektywna i realistyczna, naprawd? popada w subiektywizm i surrealizm. G?osi bowiem, ?e istnieje tylko to, co widz? sami uczeni szkie?kiem i okiem.

    

                                                   6.

Postulat otwarcia si? ( effata) zwrcony jest do wszystkich. Do wszystkich chorych na zawiniony przez samych siebie niedow?ad zmys?w. Zablokowanie ich, jako kana?w, ktrymi sp?ywa nieuprzedzona informacja o ?wiecie bo?ym ( i ludzkim), musi prowadzi? do kszta?towania si? wypaczonego jego obrazu. W efekcie za?- do ot?pienia serca:

Albowiem ot?pia?o serce tego ludu,

uszy ich dotkn??a g?uchota, oczy swe przymru?yli,

?eby oczami nie widzieli

ani uszami nie s?yszeli, i sercem nie rozumieli,

i nie nawrcili si?,

a Ja ?ebym ich nie uleczy?. ( Mt., 13, 15)

Teraz mamy ju? wszystkie elementy potrzebne do rozwi?zania zagadki Chrystusa , Nauczyciela - Uzdrowiciela.

Cuda uzdrowie?cze okazuj? si? poi prostu absolutnie niezb?dnym warunkiem cudu poznawczego. S? mianowicie konieczne, by przywrci? normalne funkcjonowanie zmys?w jako bram umys?u. Nie musz? sta? si? udzia?em wszystkich ludzi- wi?kszo?? z nas sta? na autoterapi?. Mimo wszystko ,nader liczne uzdrowienia, dotyczy?y osb, ktre ju? do tego same nie by?y zdolne. Ich choroby by?y bowiem tego typu, ?e obejmowa?y podstawowe narz?dy ruchu ( paralitycy) b?d? organy zmys?w wzroku, s?uchu, mowy ( ?lepi, g?usi, g?uchoniemi), b?d? wreszcie narusza?y funkcjonowanie umys?u ( epileptycy, op?tani).

Uzdrowienie - to otwarcie si?; otwarcie zmys?w, umys?w i serca, wszystkiego tego, co dane jest cz?owiekowi, by ch?on?? pe?ni? bytu bez niepotrzebnych , sztucznych filtrw, ktre j? zuba?aj?. W zdrowym ciele- zdrowy umys? i wra?liwe serce- tak mo?na by podsumowa? pedagogiczn? m?dro?? Chrystusa.

                    

                                                                  7.

 

Na koniec warto podj?? jeszcze jedn? kwesti?: dlaczego w swej- ju? czysto nauczycielskiej dzia?alno?ci Chrystus nie korzysta? z formy wyk?adu, ani dialogu, ale z osobliwej metody mwienia w podobie?stwach

Owe podobie?stwa, to , innymi s?owy, przypowie?ci. Historie fabularne, w ktrych bohaterami s? ludzie w swej codzienno?ci : w?a?ciciele winnic, poszukuj?cy robotnikw do zbierania owocw, siewcy, ktrym nie uda? si? plon, ojcowie, ktrych zbuntowani synowie uciekaj? z domu, panowie rozdaj?cy s?ugom pieni?dze do pomno?enia, zawiedziony gospodarz, do ktrego na uczt? nie przybyli zaproszeni go?cie....

   Wszystkie one przedstawiaj? sytuacje niezmiernie bliskie powszedniemu do?wiadczeniu, albo wr?cz znane z autopsji s?uchaczy Jezusa.

Sadz?, i? operowanie podobie?stwami, - analogiami do ?yciowego do?wiadczenia wi??e si? z wielokrotnym odmawianiem ludowi znaku z Nieba. Nie idzie wszak o otwarcie si? i nawrcenie pod wp?ywem spektakularnego , szokuj?cego wydarzenia ( ktre w przysz?o?ci nale?a?oby powtarza? po ka?dym akcie zw?tpienia). Chrystus, swoj? odmow? znakw daje wyraz zaufaniu do ludzi, nie chce ich bowiem traktowa? jako osobnikw infantylnych. Pragnie u?wiadomi? im, i? posiadaj? w sobie wszystko, aby na w?asn? r?k? dostrzec i zachwyci? si? autentyczn?, cho? nie widzialn? dla ot?pia?ych zmys?w i t?pego serca cudowno?ci? ?wiata. Jego pi?knem, ktre jest najlepszym dowodem na istnienie Stwrcy, ktry i im, swoim stworzeniom go udziela. Owo pi?kno, synonim dobra, zwiera si? w post?pku ojca, z mi?o?ci? przygarniaj?cego marnotrawnego syna, w pochyleniu si? Samarytanina nad poranionym obcoplemie?cem, w dalekowzroczno?ci w?a?ciciela winnicy, nagradzaj?cego po rwno tych co przyszli pierwsi i ostatni- albowiem w ogle przyszli...

Przypowie?ci nigdy nie wyjawiaj? swego mora?u wprost, daj? do my?lenia, zmuszaj? do samodzielnego dochodzenia i wykrywania ich wielopoziomowego sensu i wyd?wi?ku. Dlatego, ?e przedstawiaj?c sytuacje niezmiernie bliskie powszedniemu do?wiadczeniu, zarazem o?wietlaj? je z zaskakuj?cej strony, ?ami?c schematy i stereotypy normalno?ci i zdrowego rozs?dku.

Dziwili si? tej szczeglnej metodzie wychowawczej uczniowie Chrystusa:

I przyst?piwszy uczniowie , rzekli mu: dlaczego mwisz do nich w podobie?stwach?

A On , odpowiadaj?c , rzek?: Wam dane jest zna? tajemnice Niebios, a tamtym nie jest dane.

Albowiem temu, kto ma , b?dzie dane i obfitowa? b?dzie: a temu, kto nie ma, b?dzie odj?te.

Dlatego w podobie?stwach do nich mwi?, bo patrz?c , nie widz?, a s?uchaj?c , nie s?ysz?, ani nie rozumiej?. (Mt. 13, 10-14).

         Trzeba wi?c wprowadzi? pewn? korekt? do naszego wcze?niejszego twierdzenia o elitary?mie pedagogicznym Chrystusa. Nie wszystkich traktowa? on jednakowo: wszak dwunastu uzna? za swoich aposto?w, im powierzy? kontynuowanie w?asnego dzie?a Nauczania- oni poznali tajemnice Niebios. Zauwa?my, i? nie by?o to przypadkowe wyr?nienie- wszyscy aposto?owie poszli za Mistrzem , bez wahania porzucaj?c wszystko: rodziny, prace, ca?e dotychczasowe ?ycie.

Ci poniek?d wybrali si? wi?c sami , uwierzywszy, i? istnieje co?, co sw? warto?ci? przewy?sza owe porzucone rzeczy i sprawy. Zawierzywszy wi?c bezgranicznie swemu Mistrzowi. Tym samym zyskali prawo i obowi?zek, misj? pomagania w szerzeniu Nauki poprzez dostosowywaniu jej do mo?liwo?ci zrozumienia wszystkich pozosta?ych. To nie tylko zaszczyt ale powinno??. Bycie aposto?em, to obustronne wybranie do s?u?enia Prawdzie. Nie wa?ne, ?e i przysz?ym aposto?om zdarzy?o si? zb??dzi?, zawaha?, albo nawet zaprze? Mistrza. Chrystus wybaczy? niewiernemu Piotrowi, a nawet to na nim w?a?nie zbudowa? swj Ko?ci?. Da? tym wyraz, i? ludzie s? warci mi?o?ci nie dlatego, ?e s? niezawodni , doskonali, lecz dlatego, ?e b??dz?c, staraj? si? powraca? ku dobru.

To jeszcze jeden przejaw swoistego realizmu antropologicznego Chrystusa- Nauczyciela: ?e bra? ludzi takimi, jacy s? , a co najwy?ej nak?ania? ich dyskretnie , by nad sob? pracowali w kierunku uszlachetnienia. Uznawa? odmienno?? ka?dej ludzkiej istoty, ogromne zr?nicowanie postaw, zachowa?, charakterw. Szanowa? wybory, nawet z gry znaj?c ich zgubne skutki- nie zapobieg?, cho? przecie? mg? straszliwej w swych skutkach zdradzie jednego z najbli?szych uczniw- Judasza. A przecie?, wskutek jego zdrady zosta? ukrzy?owany...

I tym w?tkiem nale?y podsumowa? nasze rozwa?ania: ?e mianowicie Jezus jako Nauczyciel swoje nauki przypiecz?towa? w?asn? m?k?, odda? za nie krew i cia?o, przedtem na Krzy?u szyderczo napojony octem i ??ci?. Rzec by nale?a?o zatem, i? ka?da Prawda, godna tego miana i wielkiej litery, musi zosta? po?wiadczona tym, i? ten kto naucza, idzie osobi?cie dok?adnie tam, gdzie wskazuje.

Nauka Ukrzy?owania, ci?gle odczytywana w kategoriach paidei, oznacza, i? nauczanie to nie tylko g?oszenie S?owa, to sprawianie, aby stawa?o si? ono cia?em. Kiedy zachodzi taka konieczno??- w?asnym , um?czonym i martwym cia?em. Tylko wwczas bowiem mo?e nast?pi? cud- tym razem uzdrowienia duchowego dla tych, ktrzy przyjm? ofiar? cia?a i krwi pod postaci? chleba i wina.

Pierwszy cud z Kany Galilejskiej styka si? i niejako powtarza w cudzie ostatnim. Tam woda, naturalna substancja zosta?a przemieniona w wino, napj tak?e jeszcze z tej ziemi, rozweselaj?cy serca biesiadnikw . Teraz przemieniona zosta?a w wino symbolicznie krew. Substancja ?ycia doczesnego- w substancj? ?ycia wiecznego. Za nie?miertelno?? trzeba p?aci? ?mierci?. ?mier? cielesna wszak?e objawia si? jako wst?p do wiecznego ?ycia w mi?o?ci. Cierpienia wszelkie zyskuj? tedy wreszcie sens . Ju? niepodwa?alny: Jako droga- Krzy?owa do ostatecznego wyzwolenia z cierpie?.

Effata to znaczy : otwrzcie si?. To wezwanie odnosi si? wi?c rwnie? do otwarcia na cierpienie, cen? , bez ktrej nie ma ze? wyzwolenia.

Mog?oby si? wydawa?, i? taka nauka , takie oczekiwanie przerasta cz?owieka: ?e jest czym? nieludzkim albo nadludzkim. A jednak przynajmniej niektrzy z nas, dotkni?ci straszliwymi m?czarniami , uznaj?cy si? za braci Hioba, dochodz? do jej zrozumienia i odczucia.Tak, jak Barbara Sadowska, poetka, ktrej przysz?o by? bezradnym ?wiadkiem bestialskiego mordu na w?asnym, kilkunastoletnim synu, Grzegorzu Przemyku. Ta wsp?czesna Pieta, po okresie rozpaczy, buntu i desperacji, napisa?a:

wydzieraj?c dziecko

wzi??e? mnie w ramiona

boj? si? spojrze?

w Twoj? Twarz     ( 1983).

Twarz Boga i Twarz Cz?owieka , by? mo?e bowiem na rwni stanowi? epifani? cierpienia. Ale ju? nie w opuszczeniu...

                                                                                                           Jadwiga Mizi?ska